internetnewsprogramy

Tchnij życie (i tandetę) w pasek kopiowania plików

Pasek kopiowania plików jest niesamowicie nudny, jedyna rozrywka to nabijanie się z źle obliczonego czasu pozostałego do skopiowania pliku. Jeśli chcecie ożywić ten pasek choć trochę, to pomoże wam w tym internetowa sensacja – Nyan Cat. Wesoła muzyczka i skaczący kocur! Dlaczego nie ma tego domyślnie w Windowsie 7?!

Ok, po dwóch minutach słuchania Nyan Cat można dostać szału, lecz przynajmniej będzie wiadomo, że kopiowanie zostało zakończone. Zasada działania małego programu polega na zwykłym zastąpieniu paska kotem i odtwarzaniu głupawej melodyjki aż do bólu (czytaj: zakończenia kopiowania pliku). Program musi działać w tle (zajmuje z 10 MB RAM-u). Chętni masochiści do kopiowania filmu w HD na beznadziejnie wolne nośniki? [Ben, GameFreaks, Technabob]


podobne treści


  • niepodam

    zawsze o czymś takim marzyłem :)

  • demonluca93

    ja też

  • iforget911

    „Oto przykład. W roku 1994 prowadzone przez Misjonarki Miłości schronisko w Kalkucie odwiedził dr Robin Fox, ówczesny redaktor naczelny bodaj najpoważniejszego pisma medycznego na świecie, The Lancet. Dr Fox, z racji swojego zawodu, był jednocześnie zainteresowany i upoważniony do wypowiadania się na temat standardów opieki medycznej w odwiedzanych
    przez niego instytucjach. Pierwsze słowa jego relacji zamieszczonej w numerze tego pisma z 17 września 1994 roku wskazują, iż planując swa wizytę w instytucji Matki Teresy spodziewał się, że wyniesie stamtąd jak najlepsze wrażenia. Tymczasem szczególny ton jego uprzejmej relacji zdaje się wskazywać, że panujące w niej stosunki wzbudziły raczej jego zdumienie: Dom od czasu do czasu odwiedzają lekarze, ale większość decyzji podejmują, tak jak potrafią, zakonnice i wolontariusze, z których część ma pewne pojecie o medycynie. Widziałem pewnego młodego człowieka, którego przyjęto w złym stanie, z wysoka gorączką. Przepisano mu tetracyklinę i paracetamol. Później pojawił się lekarz, który uznał, że chory najprawdopodobniej cierpi na malarie i zaordynował mu chlorochinę. Czy naprawdę nikt nie mógł wykonać rozmazu krwi?
    Wykonywanie badan, jak mi powiedziano, było w większości przypadków niedozwolone. Czemu jednak nie stosowano prostych algorytmów diagnostycznych, które mogłyby zakonnicom i wolontariuszom pomóc odróżnić chorych, których można było wyleczyć, od tych, którym nie
    można już pomóc? Znowu się okazało, że takich metod się nie stosuje. Takie podejście wydaje się sprzeczne z etosem tego domu. Matka Teresa nie planuje, lecz w pełni zdaje się na opatrzność. Obowiązujące w schronisku zasady maja przede wszystkim na celu zapobieżenie
    jakimkolwiek ustępstwom na rzecz materializmu: zakonnice są zresztą w tej samej sytuacji co biedacy … Zastanawiałem się, czy opiekujące się chorymi siostry zakonne wiedza, jak walczyć z bólem. Podczas krótkiej wizyty nie mogłem ocenić skuteczności praktykowanego tam metafizycznego podejścia, jednak bardzo zaniepokoiła mnie informacja, że w schronisku nie stosuje się silnych środków przeciwbólowych. Jeśli weźmiemy pod uwagę lekceważenie podstawowych zasad postępowania diagnostycznego, to zaniechanie walki z bólem sprawia, że podejście Matki Teresy do chorych i umierających trzeba uznać za całkowicie inne, niż to, które przyjęto w
    ruchu hospicyjnym. Osobiście nie mam wątpliwości, które z nich bardziej mi się podoba. Chcesz wiedzieć więcej, wejdź na: http://www.ksiegarniaswit.pl/83832-misjonarska-milosc.html

  • iforget911

    „Myślę, że jest rzeczą bardzo piękną, gdy biedacy z pokorą przyjmują swój
    los, dzieląc go z cierpieniem Chrystusa. Uważam, że świat odnosi wielkie
    korzyści z cierpienia biednych ludzi (Matka Teresa)… W pierwszej chwili miałam wrażenie, że znalazłam się w Bergen Belsen, lub innym podobnym miejscu, znanym z fotografii i filmów dokumentalnych, gdyż wszyscy pacjenci, kobiety i mężczyźni, mieli głowy ogolone do gołej skóry. Nigdzie nie było żadnych krzeseł, tylko nosze, w
    stylu tych, jakich używano podczas pierwszej wojny światowej. Na terenie
    posesji nie ma żadnego ogródka ani nawet podwórka. Nic. Zadałam sobie
    pytanie: Gdzie ja właściwie jestem? Cały dom składał się z dwóch
    pomieszczeń: w jednym tłoczy się od 50 do 60 mężczyzn, w drugim od 50
    do 60 kobiet. Ci ludzie umierają, jednak nikt się specjalnie nie troszczy, by
    zapewnić im właściwą opiekę medyczną. Nie podaje im się prawdziwych
    środków przeciwbólowych, otrzymują najwyżej aspirynę lub – jeśli maja
    szczęście – brufen lub coś podobnego. To wszystko, co się robi, by ulżyć
    cierpieniom ludzi umierających na raka lub inne groźne choroby…
    W ośrodku nie było dostatecznej liczby kroplówek. Igły do strzykawek
    były używane wielokrotnie i sama widziałam zakonnice płuczące je pod
    kranem w zimnej wodzie. Gdy zapytałam jedną z nich, dlaczego to robi,
    odpowiedziała, że chce je umyć. Powiedziałam wtedy: „Tak? Ale dlaczego
    ich nie sterylizujecie? Dlaczego nie myjecie igieł w gotowanej wodzie?
    To nie ma sensu. Zresztą nie ma na to czasu – usłyszałam w
    odpowiedzi.
    Pierwszego dnia, po pracy na oddziale żeńskim, stanęłam w progu
    pomieszczenia dla mężczyzn, gdzie czekałam na przyjaciela, który
    opiekował się umierającym chłopcem w wieku około piętnastu lat.
    Napotkałam tam amerykańską lekarkę, która powiedziała mi, że
    próbowała leczyć tego chłopca. Okazało się, że cierpiał on na stosunkowo
    niegroźną chorobę nerek, a jego stan pogorszył się tak bardzo tylko
    dlatego, że nie podano mu antybiotyków. Chłopiec potrzebował operacji.
    Amerykanka była wściekła i jednocześnie zrezygnowana, co jest typowe
    dla ludzi, którzy znajda się w takiej sytuacji. Powiedziała mi, że chłopiec
    nie pójdzie do szpitala. – Dlaczego? – spytałam – Przecie wystarczy wziąć
    taksówkę, zawieźć go do najbliższego szpitala i zażądać, by udzielono mu
    pomocy.
    One tego nie zrobią – powiedziała lekarka. – Gdyby zrobiły to dla
    jednego pacjenta, musiałyby to samo zrobić dla wszystkich.
    Ale ten dzieciak ma zaledwie 15 lat! – pomyślałam.
    Powtórzmy: Dochody osiągane przez Zgromadzenie Sióstr Misjonarek
    Miłości wystarczyłyby na wyposażenie kilku najwyższej klasy klinik w
    Bengalu. Jednak siostry nie prowadza szpitala, lecz nędzne schronisko, które z
    pewnością byłoby przedmiotem sądowej skargi i protestów, gdyby je prowadził
    lekarz. Czynią tak nie dlatego, że nie mają innego wyjścia, ale dlatego, że tak
    sobie życzy założycielka zgromadzenia. Jej celem nie jest niesienie ulgi w
    cierpieniu, lecz umocnienie kultu zbudowanego na śmierci, cierpieniu i
    podporządkowaniu. Matka Teresa (która – co warto odnotować – korzystała z
    usług kilku najlepszych i najdroższych klinik świata zachodniego, lecząc się na
    serce i inne przypadłości późnego wieku) ujawniła swoje rzeczywiste intencje w
    jednym z telewizyjnych wywiadów. W rozmowie z dziennikarzem opisywała
    umierającego w męczarniach, chorego na raka człowieka. Uśmiechając się do
    kamery, relacjonowała swoją rozmowę z nieuleczalnie chorym pacjentem:
    - Cierpisz jak Chrystus na krzyżu. To Jezus cie całuje – powiedziała, po
    czym, nie uświadamiając sobie ironii zawartej w słowach cierpiącego
    człowieka przytoczyła jego odpowiedź:
    Jeśli tak, to proszę, poproś go, żeby przestał.” Chcesz wiedzieć więcej wejdź na: http://www.ksiegarniaswit.pl/83832-misjonarska-milosc.html