internetWiadomość główna

Wraca pomysł cenzurowania polskiego Internetu. Dla „dobra dzieci”

W ubiegłym roku sejmowi strażnicy moralności postanowili zobowiązać Ministra Administracji i Cyfryzacji „do przygotowania rozwiązań technicznych i prawnych, które zagwarantują rodzicom prawa dostępu do sieci internetowej wolnej od pornografii”. Ponieważ pomysł zgłosili wtedy głównie posłowie Solidarnej Polski, można było mieć nadzieję, że dla zasady zostanie on odrzucony przez większość sejmową. Tak się jednak nie stało, a sejmowa komisja administracji i cyfryzacji, głosami SLD, PSL i PO, poparła projekt odpowiedniej uchwały. Trafi ona teraz pod obrady sejmu, prawdopodobnie już na najbliższym posiedzeniu, które rozpocznie się jutro.

Ponieważ projekt uchwały poparła koalicja rządząca, można spodziewać się, że jej przyjęcie będzie tylko formalnością. Jeśli zostanie przyjęta, Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji będzie zobowiązane do opracowania w ciągu 18 miesięcy ramowych rozwiązań technicznych, oraz narzędzi prawnych, które pozwolą na ograniczenie w Polsce dostępu do pornografii.

Pierwotna wersja uchwały sprowadzała się do tego, że całość obciążeń wynikających z realizacji nowych obowiązków spadłaby na dostawców Internetu. To oni mieli być odpowiedzialni za opracowanie „skutecznych filtrów, które umożliwią blokowanie przesyłania treści o charakterze pornograficznym”. Po rocznym pobycie w komisji złagodzono trochę ton ustawy, ale niekoniecznie jest to dobra wiadomość:

„Uchwała nawet w złagodzonej wersji jest nieprecyzyjnie sformułowana. W zasadzie powinna być rozumiana jako zachęta do tworzenia filtrów rodzinnych działających na poziomie sieci domowej. Przy dalej idącej interpretacji może jednak posłużyć jako pretekst do wprowadzenia sieciowych mechanizmów cenzurowania treści,” twierdzą przedstawiciele fundacji Panoptykon.

Pomijając już kwestie możliwości obchodzenia takich mechanizmów, czy pomyłkowej klasyfikacji treści, które nie mają wiele wspólnego z pornografią, jako niebezpieczne, wprowadzenie takich mechanizmów oznacza, że osoba je kontrolująca będzie zgodnie z własnymi przekonaniami decydowała o tym, jakie treści są odpowiednie, a jakie nie. Wszystko to pod pretekstem „troski o dobro dzieci”. A to niewiele różni się od cenzury w stylu chińskim.

Najbliższe dni mogą się więc okazać bardzo interesujące.

Zdjęcie: Flickr/Skye Suicide


podobne treści