gryWiadomości promowane

Najgorsze filmy na podstawie gier komputerowych

 

Nie tylko polskie gry, czy też jakiekolwiek inne bywają złe. Nie lepiej jest z filmami na ich podstawie. A w istocie, to nawet sporo gorzej.

”BloodRayne”

Film, a jakżeby inaczej, samego Uwe Bolla, Niemca znanego z mordowania przed kamerą najlepszych komputerowych gier. Film z 2006 roku ma niewiele wspólnego z grą o tym samym tytule, jest opowieścią nieautoryzowaną, a jednym z niewielu punktów zbieżnych jest postać samej Rayne – pół-kobiety, pół-wampirzycy. Polska premiera była opóźniona w stosunku do amerykańskiej aż o osiem miesięcy i nic dziwnego. Dzieło Bolla zostało zmiażdżone przez krytykę, przy budżecie 25 milionów dolarów zarobiło zaledwie trzy i nie miało fabularnie niemal żadnego sensu. Zostało za to obsypane deszczem nominacji, szkoda tylko że do Złotej Maliny czyli ”nagrody” dla najgorszego filmu roku. I to w tak kluczowych kategoriach jak Najgorszy Film, Najgorszy Reżyser, Najgorszy Scenariusz, Najgorsza Aktorka Pierwszoplanowa (Kristanna Loken), Najgorszy Aktor Drugoplanowy (Ben Kingsley) oraz Najgorsza Aktorka Drugoplanowa (Michelle Rodriguez).

”Alone in the Dark”

Uwe Boll po raz drugi, ze swoim wcześniejszym o rok ”arcydziełem”. Tym razem kosztującym 20 milionów dolarów (zwróciła się zaledwie 1/10 tej kwoty) i nie tylko otrzymującym nominacje. W przypadku ”Alone in the Dark” sam Uwe zgarnął Złotą Malinę dla najgorszego reżysera, a główna aktorka Tara Reid również została nagrodzona statuetką. Na zbierającym opinie krytyków filmowych oraz internautów z całego świata serwisie RottenTomatoes.com średnia ponad 100 recenzji tej pierwszej grupy wyniosła cały 1%. Słownie: jeden procent.

”Super Mario Bros.”

Mario był (i jest sympatyczny). Luigi również. Ich przygody? Jak wyżej. Ale film sprzed prawie dwudziestu lat zdecydowanie sympatyczny nie był, choć pojawili się w nim tacy aktorzy jak Bob Hoskins, Dennis Hopper, John Leguizamo czy Lance Henriksen. Może nie jest to pierwsza liga Hollywood, ale z pewnością solidni rzemieślnicy. Jednak fabuła kinowych przygód najbardziej znanego hydraulika świata była kompletną porażką. To co było dobre dla ośmiobiowych gier, nie nadawało się już na wyświetlaną na raz blisko dwugodzinną historię, a scenariusz najzwyczajniej w świecie nie miał najmniejszego nawet sensu.

”Street Fighter: Legenda Chun-Li”

Pierwszy ”Street Fighter”, czego by o nim nie mówić, nie był jednak aż tak zły i spokojnie dało się go obejrzeć, zwłaszcza z wielkim wiadrem popcornu pod ręką i z pozytywnym nastawieniem, to znaczy na niespecjalnie wymagającą rozrywkę. ”Dwójka” jest o tyle dziwna, że w filmie tym jest więcej strzelanin niż walki wręcz, bo tej drugiej po prawdzie jest tyle, co kot napłakał. A ”Street Fighter” bez walk to jak wiedźmin bez swoich eliksirów czy ”Pan Tadeusz” bez Tadeusza. Niestety ”Legendę Chun-Li” reżyserował Polak, Andrzej Bartkowiak. Podobny schemat zastosowano z ”Mortal Kombat 2: Unicestwienie”. Pierwsza część do obejrzenia, druga – do śmietnika.

”Postal”

Tak… Znowu Uwe Boll. Jeśli mówimy o tym, że problematycznym było stworzenie kinowej fabuły na podstawie przygód Mario, to co dopiero powiedzieć o ”Postalu”. A jednak Bollowi się udało. To znaczy nie, nie udało mu się stworzyć sensownej fabuły, inaczej: udało mu się napisać scenariusz.

”Dom Śmierci”

Można nie podziwiać reżyserskich talentów Uwe Bolla, ale należy podziwiać za to jego upór i konsekwencję, bo jeszcze przed ”BloodRayne” i ”Alone in Dark” powstał ten film. Przepraszam, to coś. A mimo to wciąż próbował wziąć się za bary z tematem gier komputerowych. Ekranizacja strzelanki ”The House of the Dead” to jedna z najgorszych rzeczy, które kiedykolwiek spotkały kinematografię. Do tego z kompletnie zmienioną historią.


podobne treści