naukawtf

Kosmiczne wpadki

Historia podboju kosmosu obfituje w spektakularne sukcesy. Nie brak w niej też tragicznych momentów. Jej częścią są też wypadki, które, choć groźne i potencjalnie bardzo niebezpieczne, nie zakończyły się dramatem, a agencje kosmiczne wolałyby raczej, by o nich nie przypominać. Choć trudno w to uwierzyć, przedstawione poniżej sytuacje wydarzyły się naprawdę.

Kaputnik

6 grudnia 1957 roku. Zimna wojna trwa już od dziesięciu lat. Na platformie startowej w Cape Canaveral stoi amerykańska rakieta Venguard, która wynieść ma na orbitę satelitę Vanguard TV3. Dwa miesiące wcześniej ZSRR wystrzelił pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Sputnik 1 był co prawda dość prostym urządzeniem, ale fakt pozostawał faktem – Rosjanie jako pierwsi umieścili w kosmosie obiekt stworzony przez człowieka. Rozpoczynał się wyścig kosmiczny, w którym Amerykanie musieli gonić ZSRR.

Nie dziwi więc, że oczy całego kraju skierowane były na pierwszą amerykańską rakietę nośną. Niestety już dwie sekundy po zapłonie, rakieta Venguard straciła ciąg i spadła z wysokości jednego metra na platformę, eksplodując w efektowny sposób. Tymczasem satelita TV3, zamiast taktownie spłonąć, przetrwał wybuch i zrobił to co do niego należało – zaczął nadawać. Wprost ze zniszczonej platformy startowej. Następnego dnia w amerykańskiej prasie pojawiły się nagłówki informujące o misji Flopnika, Oopsnika i Kaputnika.

Radziecki spacer kosmiczny

Przez długi czas ZSRR przodowało w podboju kosmosu. Często kosztem zagrożenia życia, a wielu szczegółów nieudanych misji najprawdopodobniej jeszcze nie znamy. Wiemy natomiast, że pierwszy spacer kosmiczny, przedstawiony przez Kreml jako wieli sukces, o mały włos nie skończył się tragicznie.

18 marca 1965 roku kosmonauta Aleksiej Leonow odbył pierwszy w historii spacer kosmiczny, który trwał 12 minut i 9 sekund. Kiedy jednak Leonow chciał wrócić już do statku Woschod 2, okazało się, że z powodu różnicy ciśnień pomiędzy wnętrzem skafandra, a próżnią kosmosu, jego skafander zwiększył swoje rozmiary (czyt. rozdął się jak balon), przez co Leonow nie mieścił się w śluzie. Ostatecznie zdesperowany kosmonauta odkręcił jeden z zaworów, wypuszczając część swojego powietrza w kosmos, dzięki czemu zmniejszył ciśnienie w kombinezonie, co z kolei umożliwiło mu wejście do pojazdu. Szamotanina przy śluzie trwała 8 minut, czyli prawie tak długo, jak sam pierwszy spacer kosmiczny.

Sojuz 5

Kosmonauta Borys Wołynow, dowódca statku Sojuz 5, miał pecha. Choć z drugiej strony można śmiało powiedzieć, że dopisało mu niesamowite szczęście. Wszystko zależy od punktu widzenia.

Celem jego misji, która rozpoczęła się 15 stycznia 1969 roku, było połączenie się na orbicie ze statkiem Sojuz 4, który wystartował dzień wcześniej. Według planu, oba statki miały spotkać się 16 stycznia, dwie osoby z załogi Wołynowa miały przejść na pokład Sojuza 4, który, po podjęciu kosmonautów, miał bezpiecznie wylądować. Tę część planu udało się zrealizować bez większych problemów. Niestety nie można tego samego powiedzieć o lądowaniu Wołynowa, który pozostał na pokładzie Sojuza 5.

Podczas wchodzenia w atmosferę, nastąpiła awaria systemu odrzucania modułu serwisowego, który po prostu nie odłączył się od pojazdu. W rezultacie połączony wciąż pojazd, po napotkaniu oporu powietrza, przybrał najbardziej stabilną aerodynamicznie pozycję dla swojej aktualnej masy. Niestety oznaczało to, że lądownik, zamiast lecieć osłoną termiczną naprzód, wszedł w atmosferę stroną, na której umiejscowiony był właz do kapsuły.

Ponieważ nic nie chroniło lądownika przed temperaturą, uszczelki włazu zaczęły się palić, a kapsuła wypełniła się toksycznymi spalinami. Na szczęście palił się nie tylko właz, więc przed śmiercią w płomieniach, Wołynowa uchroniło to, że przepaliły się także elementy mocujące moduł serwisowy do lądownika. Dzięki temu moduł lądownika mógł ostatecznie ustawić się w prawidłowej pozycji, osłoną termiczną naprzód, ale niestety nie był to koniec problemów kosmonauty Wołynowa – okazało się, że przy okazji uszkodzeniu uległy także rakiety hamujące lądownika, a dodatkowo spaliła się także część linek jego spadochronu.

Lądowanie, które w takiej sytuacji czekało Wołynowa, nie należało do najprzyjemniejszych – radziecki kosmonauta stracił część zębów, ale przeżył.

Jeśli myślicie, że był to już koniec jego problemów, jesteście w błędzie – kłopoty podczas przejścia przez atmosferę sprawiły, że jego kapsuła, zamiast w Kazachstanie, wylądowała na Uralu. Przy prawie czterdziestu stopniach poniżej zera. Ponieważ Wołynow wiedział, że ekipy ratunkowe przybędą najwcześniej za wiele godzin, opuścił kapsułę i musiał przejść kilka kilometrów, zanim ostatecznie znalazł schronienie u miejscowego chłopa. Możemy się tylko domyślać, co, sepleniąc, opowiedział gospodarzom grzejąc się przy ogniu i samogonie.

RORSAT/УС-А

Zadania jakie stawiano przed nauką radziecką były wielkie. Wielkie były też jej potrzeby, zwłaszcza, jeśli zaprzęgano ją do celów wojskowych. W latach 1967 – 1988 ZSRR prowadziło program УС-А (Управляемый Спутник Активный), znany na zachodzie jako RORSAT. W ramach tego programu wystrzelono w kosmos całą serię satelitów wojskowych, których zadaniem była obserwacja okrętów państw NATO za pomocą radarów. Żeby radary te działały efektywnie, satelity tej serii musiały dysponować dużymi ilościami energii i być umieszczane na niskich orbitach. Niestety oznaczało to też, że nie można było zastosować dużych paneli słonecznych, które, z powodu tarcia o atmosferę, obniżałyby zbyt szybko orbitę. Radzieccy naukowcy znaleźli jednak rozwiązanie – postanowili wyposażyć satelity RORSAT w małe reaktory jądrowe.

Rozwiązanie jednego problemu, było oczywiście powodem kolejnego – co zrobić ze zużytym paliwem jądrowym (Uran-235) po zakończeniu eksploatacji satelity? Radzieccy inżynierowie szybko znaleźli jednak odpowiedź i na to pytanie. Zaproponowanym przez nich rozwiązaniem było wyrzucanie paliwa z reaktora na wyższą orbitę. Po tym manewrze zużyty satelita szpiegowski miał bezpiecznie spalić się w atmosferze. Wilk syty, owca cała, a NATO nigdy się nie dowie, że wiemy, gdzie są ich okręty.

Niestety w praktyce okazało się, że rozwiązanie nie jest wcale tak niezawodne, jakby siebie tego życzyli Sowieci. W sumie znane są cztery wypadki, w które zamieszane było radioaktywne paliwo satelitów RORSAT.

Najpoważniejszy z nich miał miejsce w roku 1978. Z powodu awarii, zużyte paliwo jądrowe, zamiast znaleźć się na wyższej orbicie, pozostało na pokładzie satelity o nazwie Kosmos 954, który 24 stycznia 1978 wszedł w atmosferę i rozpadł się nad Kanadą, rozrzucając materiał radioaktywny na obszarze 124 tysięcy kilometrów kwadratowych.

Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale poszukiwania radioaktywnych elementów trwały aż do października, a kanadyjski rząd wystawił za nie rachunek ZSRR opiewający na ponad 6 milionów dolarów kanadyjskich.

Utopić się w kosmosie

Spektakularne wpadki zdarzały się w przeszłości, zdarzają się też i dziś. A właściwie 16 lipca 2013 roku, kiedy to pierwszy włoski astronauta, Luca Parmitano, odbywał swój drugi spacer kosmiczny na zewnątrz ISS. Rutynowy spacer, podczas którego Włoch wraz z amerykańskim kolegą miał zamontować nowe kable, o mało nie skończył się tragedią, kiedy to Parmitano zgłosił, że jego skafander wypełnia… woda.

Mężczyźni na szczęście szybko wrócili na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, dzięki czemu pierwszy włoski astronauta nie utopił się w kosmosie.

Późniejsze śledztwo wykazało, że woda w skafandrze Parmitano pojawiła się już podczas jego pierwszego spaceru kosmicznego, a jej źródłem był czterolitrowy zbiornik wody używanej do chłodzenia skafandra. Niestety astronauci uznali wtedy, że drobne krople wody pochodzą z bukłaku z wodą do picia i nie dotarli do prawdziwej przyczyny problemu.

Zdjęcia: Wikipedia, Wikipedia, Wikipedia


podobne treści