news

Jaka to melodia? czyli jak wygląda obecnie rynek muzyki w Internecie

„Od zawsze rynek muzyczny bazował na albumach. Było to równie niepodważalne prawo natury, jak to, że Ziemia kręci się wokół Słońca. A teraz? Nie słuchamy już całych albumów, słuchamy własnych zbiorów piosenek”. 

Tom Silverman, szef wytwórni Tommy Boy Records, wypowiedział te słowa przed tygodniem na seminarium poświęconym muzyce, które odbyło się w Nowym Jorku. Mówił także, że coraz więcej osób jest obecnie zainteresowanych muzyką. Że to trend wybijający w górę niczym hokejowy kij. Silverman, razem z Erickiem Garlandem (szefem firmy Big Champagne), podali w swoim wystąpieniu bardzo ciekawe dane dotyczące zmian i trendów na rynku muzyki w Internecie na przestrzeni ostatnich lat.

Od albumów do singli

Spośród 100 000 albumów sprzedanych w ubiegłym roku, 17 tysięcy sprzedało się w zaledwie jednym egzemplarzu. 81 tysięcy rozeszło się w mniej niż 100 egzemplarzach, natomiast jedynie 1300 albumów znalazło ponad 10 tysięcy nabywców. Te liczby zawierają w sobie dane dotyczące zarówno sprzedaży w sklepach jak i w sieci. Fizycznie w salonach muzycznych zaledwie 2000 albumów sprzedało się w ponad 5 tysiącach egzemplarzy. Świadczy to o ogromnej roli rynku sprzedaży muzyki w Internecie.

The State of Internet Music on YouTube, Pandora, iTunes, and Facebook

Silverman uważa, że za tak ogromny wzrost sprzedaży samych singli (kosztem coraz mniejszej popularności albumów) odpowiada między innymi iTunes, które każdą piosenkę traktuję jak singiel i sprzedaje za 99 centów. Według Silvermana z historycznego punktu widzenia, cena albumu wynosiła 5 razy więcej niż pojedynczego utworu. Dlatego właśnie ustalenie ceny za singiel w wysokości jednej dziesiątej ceny całej płyty to pomyłka. Nawet koszt 1,29 dolara będzie zbyt niski. Według wyliczeń szefa Tommy Boy Records, powinno się naliczać co najmniej 1,99 dolara za piosenkę, ponieważ wtedy kupno całego albumu stanie się na powrót bardziej opłacalne. 

Ilu masz fanów, czyli muzyka na Facebooku, Myspace i Twitterze

Według drugiego prelengenta, Garlanda, branża muzyczna zwraca teraz największą uwagę na to, ile ma się fanów na serwisach społecznościowych. Liczą się trzy „F”: fani, przyjaciele (friends) i obserwujący (followers). Zdarzają się historie, że serwisy potrafią automatycznie przyporządkować nas do fanklubu konkretnej gwiazdy, nawet gdy raz zdarzy nam się zamieścić na swoim profilu link do informacji (klipu video, artykule) o danym artyście. Tak zdarzyło się znajomemu Garlanda, który podlinkował filmik z YouTube’a do występu Susan Boyle i następnie zorientował się, że jest jej fanem na Facebooku. Liczba fanów na serwisach staje się dość iluzoryczna i w pewien sposób zafałszowana wobec ludzi, którzy autentycznie lubią daną gwiazdę. 

Google i YouTube ważniejsze od iTunes?

Za najważniejsze medium w muzyce dostępnej w Internecie uznano YouTube. Nie iTunes, nie masa iPhone’ów i iPodów, ale właśnie serwis należący do Google. 

Według Garlanda to właśnie YouTube przychodzi większości z nas, jako główne źródło słuchania muzyki w sieci. Nie chodzi tylko o przypadki, kiedy chcemy obejrzeć konkretny teledysk, ale o słuchanie muzyki generalnie. 

Internetowe radio: Pandora

Obaj prelegenci uznali Pandorę za najbardziej popularny serwis radiowy w sieci. Obecnie należy do niego 52% rynku, ponad miliard stacji radiowych oraz około 60 milionów zarejestrowanych użytkowników. Co więcej, Pandora skupia w sobie 1,7% wszystkich odbiorców radia, co daje do myślenia – mowa przecież o radiu dostępnym w Internecie. 

Bez wątpienia warto zastanowić się nad tymi liczbami. Co może przynieść przyszłość? I czy przemysł muzyczny jest przygotowany, żeby bardziej wykorzystywać potencjał coraz bardziej widoczny w Internecie? 

[Austin Carr - Fast Company]


podobne treści


  • cosmos

    „niepodwarzalne” – aż oczy „bolom” ;)