internet

Jak wyglądałby dziś świat, gdyby nagle zniknął internet?

To wizja tak straszna, że nie powinny tego czytać osoby o słabym sercu.

Nawet wielkie miasta wieczorami byłyby wyludnione. Przynajmniej początkowo. Ludzie nie pamiętaliby o swoich urodzinach, o których przypomina im Facebook czy Nasza-Klasa (portal-dinozaur, który według jednych przestał istnieć 65 milionów lat temu po uderzeniu meteorytu, a według innych ma jeszcze trzech wiernych użytkowników). Nie zwoływaliby się na piwo przy pomocy eventów. Nie dogadywali szczegółów przy pomocy komunikatorów internetowych. Minęłoby trochę czasu zanim zaczęłaby im dokuczać samotność i przestały wystarczać gry offline. Po czym ruszyliby stadnie w stronę najbliższych lokali rozrywkowych, nawołując się przy pomocy przestarzałych urządzeń takich jak telefony komórkowe czy jeszcze bardziej przestarzałych urządzeń jak aparaty mowy. Ale do tego czasu spożycie alkoholu spadłoby o 70%, a centra wielkich miast wyglądałyby jak po katastrofie nuklearnej.

Nie byłoby kultury. To znaczy byłaby, ale odległa, gdzieś daleko w mrocznej i groźnej krainie zwanej Empik. Liczba czytających książki spadłaby z pięciu do dwóch. Osób. Liczba samobójstw wzrosłaby dramatycznie, jako że wielu miłośników seriale zostałoby skazanych na wytwory wyobraźni scenarzystów TVP. Ewentualnie mogłoby czekać na zachodnie produkcje zgrywane, tak samo jak filmy, na płyty CD rok po premierze. I to w jakości VHS. Albumy muzyczne składałoby się w całość na podstawie fragmentów, które poleciałyby w radiu.

Nie byłoby magistrów. Odsetek osób, które zaczęły studia, ale nie dały radę napisać pracy magisterskiej, sięgnąłby sufitu. Samodzielne przygotowanie referatu poprzedziłoby półgodzinne tłumaczenie ofierze takiego wyroku, czym tak naprawdę jest biblioteka i że nie da się jej zjeść. Ludzie szukaliby potrzebnych informacji na różne sposoby. Wołając je, zastawiając na nie wnyki, czy zaglądając pod łóżko. Bezskutecznie.

Znowu całą korespondencję trzeba byłoby przeprowadzać przy pomocy poczty, co dłużyłoby się niemiłosiernie. Listy zamiast w spamie lądowałyby zagubione w śniegu gdzieś pod Kaliszem, skończyłoby się też wieczorne sprawdzanie konta bankowego czy wykonywanie przelewów, nie mówiąc już o tym, że połowa okazja do nich przepadłaby z braku aukcji internetowych. Jedynymi zadowolonymi z takiego stanu rzeczy byłyby osiedlowe poczty (okazałoby się, że to te budynki, które przez ostatnich kilka lat brałeś/brałaś po prostu za hałdę gruzu) oraz listonosze, którzy zapewne dostaliby znaczne podwyżki. A także operatorzy komórkowi, bo rachunki telefoniczne zaczęłyby przypominać rozliczenia budżetowe co mniejszych europejskich państw.

W pracy trzeba byłoby pracować. Koniec z przeglądaniem niezliczonych liczb portali, sprawdzaniem konta na Facebooku, oglądaniem filmików na YouTubie czy graniem w gry online. Z rozrywek pozostałoby nam już tylko wypełnienie kolejnej kolumny w arkuszu kalkulacyjnym i zaparzenie kolejnej kawy. Podobnie w domu. Nigdy więcej MMORPG, witajcie Kup-Pan-Planszówkę-I-Zaproś-Kolegów-Do-Domu-RPG.

O wszystkim zamiast na bieżąco dowiadywalibyśmy się z porannych gazet z kilku(nasto) godzinnym poślizgiem. A o innych ludziach nie dzięki Wujkowi Google, Cioci Facebook czy brzydkiemu kuzynowi Goldenline, a z plotek wspólnych znajomych. Gizmodo.pl z kolei drukowalibyśmy w lokalnym ksero i rozsyłali wam pocztą. I tu znów zarabiają listonosze.

Tak, to byłby straszny świat. Choć zasadniczo nie mamy oczywiście niczego do listonoszy i wszystkim im życzymy jak najlepiej.


podobne treści