biznesinternet

Jak pękła pierwsza bańka internetowa?

Wychodzi na to, że kompletnie nie uczymy się na własnych błędach. Dlaczego? Dlatego, że pompujemy kolejną bańkę internetową. I to jeszcze większą niż ta poprzednia. Wyceny kolejnych ”cudownych, genialnych, niepowtarzalnych” dotcomów puchną w nieprawdopodobnym tempie i tylko czekać, kiedy nastąpi następna eksplozja, a rynek biznesów internetowych na wielką skalę pogrąży się ponownie w kryzysie.

W latach 1995-2000 wszyscy nagle uznali, że internet to prawdziwa żyła złota. I po części mieli rację. To była żyła złota. Tylko nie aż tak wielka, jak się wszystkim wydawało i nie dla każdego.

Amerykańscy inwestorzy uwierzyli jednak w walkę ”starej gospodarki” z ”nową gospodarką”. Tę drugą miały reprezentować właśnie kolejne internetowe firmy, ochrzone szybko ”dot-comami”. Byli też przekonani, że pieniądze leżą na ulicy i w cokolwiek związanego z siecią nie włożą swoich pieniędzy, to już za kilkadziesiąt miesięcy zwróci się im z tysiąckrotnym przebiciem. Ich brak zainteresowania firmami operującymi w tradycyjnych gałęziach gospodarki sprawił, że od końca 1999 roku do marca 2000 giełdowy indeks technologiczny Nasdaq wzrósł o 24%, podczas gdy ogólny Dow Jones spadł o procent 13.

Jednak od samego początku, gdyby tylko wszyscy ochłonęli, zauważyliby, że agresywne inwestowanie w dotcomy to w istocie ślepa uliczka. Przede wszystkim firm tych powstawało tyle, że w każdą, najmniejszą nawet niszę celowała więcej niż jedna o zbliżonym do konkurentów biznesplanie. Od samego początku wiadomym było zatem, że część z nowych ”gigantów” nie zmieści się na rynku i będzie musiała upaść. Sporo z nich nie miało zresztą nawet tych biznesplanów, a amerykańskie media stworzyły taką nagonkę, jakiej ten kraj nie widział od czasów słynnej gorączki złota, kreując atmosferę, w której nieinwestowanie w dotcomy było niemalże grzechem śmiertelnym i zmarnowaną okazją, która już się nie powtórzy. Dlatego miliony topiono w firmach, których założyciele mieli tylko dwie pary dziurawych dżinsów i jeden nieźle brzmiący pomysł. A przynajmniej brzmiący nieźle dla posiadaczy wielkich pieniędzy, którzy dla odmiany nie mieli pojęcia o internecie.

Do tego wszystkie te firmy postępowały według tej samej zasady ”Rośnij albo przegrywaj!”. Zgodnie z nią najważniejsza była od samego początku agresywna rozbudowa bazy klientów za wszelką cenę, nawet jeśli ponosiło się w związku z nią poważne straty finansowe. Stąd gigantyczne pieniądze inwestowane przez dotcomy w reklamę, spoty reklamowe nadawane w najdroższym w USA czasie antenowym czyli podczas Super Bowl, albo konkursy takie jak ten zorganizowany przez iWon.com, w którym jeden z użytkowników mógł wygrać 10 milionów dolarów (!).

Cała ta aura ”wzrostu ważniejszego niż zyski” pociągnęła za sobą ogólną obsesję wydawania pieniędzy. Dotcomy stawiały sobie luksusowe siedziby, przyciągały najlepszych pracowników, oferując im kolosalne pensje i takie dodatki, jakich nie dostaliby nigdzie indziej. Kiedy z kolei pracownicy ci, nagradzani przez firmę akcjami, po wejściu na giełdę stawali się nagle multimilionerami, to inwestowali wszystko w kolejne dotcomy. I spirala nakręcała się coraz bardziej. Nie mówiąc już o wydatkach, które ponosiły kolejne amerykańskie miasta marzące o zostaniu ”nową Doliną Krzemową”. Żeby przyciągnąć do siebie nowe, raczkujące korporacje budowały one za pieniądze podatników centra konferencyjny, zaawansowaną infrastrukturę gotową na przyjęcie internetowych milionerów, parki technologiczne…

To się nie mogło dobrze skończyć. I faktycznie skończyło się źle. Dotcomy w końcu osiągnęły granicę przeszacowania i 10 marca 2000 Nasdaq zaczął spadać. Na początku, bo potem już pikował w dół w oszałamiającym tempie, a dotcomy bankrutowały jeden po drugim. Ostalin się tylko najsilniejsi, inwestorzy dostali kubeł zimnej wody wylanej na ich głowy. Jak widać jednak nauczka nie poskutkowała na zbyt długo.


podobne treści