internet

Google powoli przejmuje władzę nad światem

Kiedyś najważniejszym bogactwem świata były płody rolne, później złoto, diamenty i inne kosztowności, które zostały później wyparte przez dziwne papierki. Dzisiaj naszą planetą rządzi informacja. Warta jest tyle, ile ”waży” w bajtach, albo i nawet więcej, może zachwiać globalną gospodarką i obalać rządy. A wśród potentatów informacyjnych jest, by ”zatolkienić”, ”one to rule them all”. Google. Ale korporacja z Mountain View nie tylko zamierza być najważniejszym z graczy Ery Informacji. Ona zmierza prostą drogą do przejęcia władzy nad całym światem.

Pomyśl o jakimkolwiek sektorze internetu i nie tylko internetu – Google już tam jest i rozdaje karty. Obecnie posiada ponad 70 usług. Mówiąc ”mail”, myślimy Gmail; mówiąc ”wyszukiwarka”, myślimy ”wyszukiwarka Google”. Google+ ma ponad 100 milionów użytkowników i zamierza pobić Facebooka. Chrome jest coraz częściej wybieraną przeglądarką. Telefonów z Androidem jest na potęgę i jeszcze więcej. Google Translate to podstawowe narzędzie tłumaczące w internecie. A YouTube stał się już taką marką jak Adidas. Dziś, gdy kupujemy adidasy, niekoniecznie mamy wcale na myśli obuwie tej firmy. Tak samo jak mówiąc ”Widziałem to na YouTubie”, niekoniecznie mamy na myśli akurat ten serwis wideo, choć z pewnością jest najpotężniejszy na rynku. A to jeszcze oczywiście nie koniec wszystkiego, co skupia w swoich rękach gigant z Mountain View i to nie tylko w przestrzeni wirtualnej. Na co dowodem między innymi zakup za 13 miliardów dolarów telekomunikacyjnego potentata Motorola Mobility. Dodatkowo każdy z pracowników Google zachęcany jest do pracy nad własnymi projektami, więc nie wiadomo, co jeszcze przyniesie nam przyszłość.

Google wydaje miliardy, bo je posiada. Wydaje je także dlatego, że wie, iż im szybciej podbije wszystko, co jest tylko możliwe do podbicia, tym szybciej uniemożliwi jakikolwiek opór konkurentom. Bardzo długo firma ta utożsamiana była z takimi hasłami jak ”innowacja”, ”otwartość” i ”darmowość”. To ostatnie wciąż jest prawdziwe, choć tylko jeśli tę darmowość utożsamiamy z brakiem płacenia przy pomocy pieniędzy. Bo za korzystanie z usług Google tak naprawdę płacimy i to płacimy coraz więcej. Swoją prywatnością. Na razie przychodzi nam to, a przynajmniej większości z nas, raczej bezproblemowo, ale kiedyś nadejdzie wreszcie czas, by faktycznie spłacić swój dług wobec korporacji.

Na temat zmian polityki prywatności Google powiedziano i napisano w tym roku już niemal wszystko, co tylko można było na ten temat powiedzieć i napisać. 60 z usług giganta zamiast utrzymywać oddzielne zapisy odnoszące się do zbierania informacji na temat użytkowników, działa już według jednej nadrzędnej polityki. Ujednoliconej polityki. Co to oznacza? Otóż to, że wszystkie dane userów rozsiane do tej pory i powiązane z oddzielnymi kontami, teraz będą zbierane w jednym, niezwykle dokładnym profilu osobowym. Google będzie wiedziało, jakie mamy adresy e-mail, jakie maile z użyciem jakich słów wysyłamy z kont pocztowych należących do tej firmy i do kogo, jakich aplikacji używamy, jakie wideo oglądamy najczęściej, czego szukamy w internecie, przy pomocy jakich urządzeń, z jakiego miejsca na świecie, co lubimy i co znajduje się w naszych kalendarzach. Oraz wiele, wiele więcej. Wszystko to połączone w całość tworzy naprawdę dokładny profil osoby. Jak na razie po to, by lepiej dopasować do niego sprzedawane przez Google reklamy. Ale… No właśnie, ”jak na razie”.

Google ma w rękach potężne narzędzie – tysiące ton twardych dysków pełne informacji na temat znacznej części globu. I to tej części używającej najczęściej usług internetowych, czyli najważniejszej z punktu widzenia reklamodawców. Wielu osobom wydaje się, że Google jest niegroźne, ale zapominają o jednym. To amerykańska korporacja i tak jak inne korporacje nie robi niczego z potrzeby serca, ale z nastawieniem na zysk. I jeśli znajdzie się kiedyś w sytuacji podbramkowej, co nie jest wcale niewykluczone – nie takie katastrofy finansowe i kryzysy widziały już dzieje świata – nie zawaha się użyć tych danych osobowych w dowolny sposób. Byle tylko przyniósł jak najwięcej pieniędzy. To samo się tyczy entuzjastów podekscytowanych dalekosiężnymi planami Google zdigitalizowania każdej książki oraz innego wytworu człowieczej myśli i zgromadzeniu ich w jednym sieciowym miejscu. Owszem, będzie to wygodne. Ale będzie w rękach jednej firmy. Firmy. Nastawionej na zysk.

Dziś Google zbiera o nas informację podczas korzystania ich usług tylko jeśli posiadamy konto użytkownika. Następnym krokiem będzie zbieranie danych nawet jeśli tego konta nie posiadamy. Aż w końcu wszystko znajdzie się w rękach gigantów z Mountain View. Krok po kroku, zmiana po zmianie. A my obudzimy się dodatkowo bez żadnych danych, bo wszystko, co normalnie mielibyśmy na dysku, będzie w już od dawna ”chmurze”. Cenzurowane jak wyszukwiarka Google w Chinach, inwigilowane przez amerykański rząd w zamian za drobne ustępstwa legislacyjne względem amerykańskiej korporacji, podlegające dowolnemu obrotowi pomiędzy firmami. I będziemy na gwałt szukać za przykurzonymi szybami komputerowych komisów dysków twardych i maszyn, do których jeszcze można by je podpiąć.


podobne treści