internet

Cyfrymania czyli choroba, która toczy nie tylko PKW

Jak chyba każdy obywatel tego państwa od dwóch dni z zażenowaniem obserwuję hucpę, jaką zaserwowała nam po raz kolejny Państwowa Komisja Wyborcza. Zażenowanie jest tym większe, że po raz kolejny oficjalnym wytłumaczeniem PKW jest „awaria systemu informatycznego”. To, że za jego pomocą nie udało się do tej pory podliczyć wyników wyborów samorządowych jest oczywiście niezaprzeczalnym faktem, ale jest to jedynie kolejny objaw choroby, która od dłuższego czasu toczy naszych decydentów. Choroba ta to cyfrymania.

O słynnym już kalkulatorze wyborczym przygotowanym przez łódzką spółkę Nabino napisano już wiele. Że zalogować się jako członek komisji może dowolna osoba, która umie wygenerować klucz cyfrowy w formacie PEM. Że żeby zaakceptować ostrzeżenia generowane przez kalkulator należy wprowadzić kod z delegatury PKW, który jest algorytmem MD5, w którym jedyną zmienną jest numer obwodowej komisji wyborczej. Że musiał powstać w ciągu trzech miesięcy, ponieważ rok temu PKW rozpisała przetarg na Platformę Wyborczą 2.0, który jednak został unieważniony, więc w sierpniu tego roku zdecydowano się na tymczasowe rozwiązanie. Które zostało napisane przez przysłowiową już „panią Agnieszkę”. A NIK rozpoczęła dziś kontrolę w Krajowym Biurze Wyborczym. Wszystko to niestety prawda, ale moim zdaniem to tylko objaw szerszego problemu.

A problem ten to przekonanie naszych decydentów, że jeśli coś jest „cyfrowe” to od razu musi być lepsze. Niestety osoby, które decydują w naszym kraju o wydawaniu ogromnych pieniędzy na tzw. „cyfryzację”, bardzo często nie mają zielonego pojęcia na temat tego co właściwie odbierają. Chyba najlepszym przykładem na to z ostatnich dni była wypowiedź sekretarza PKW Kazimierza Czaplickiego, który dwa dni przed wyborami stwierdził, że:

„Okazuje się, że łatwiej jest stworzyć nowy moduł wyborczy niż żmudnie pracować nad każdą linijką oprogramowania i zastanawiać się, co ten informatyk miał na myśli tak to zapisując w postaci tych swoich cyferek, znaczków i temu podobnych hieroglifów.”

Tak, nie przesłyszeliście się. Sekretarz instytucji, która wydała około pół miliona złotych z pieniędzy podatników na system, który miał ułatwić przeprowadzenie wyborów uważa, że system ten składa się z jakichś „znaczków i hieroglifów”. W jaki sposób ma on ocenić, czy te „hieroglify” są wyrysowane dobrze czy źle, skoro dla niego są tylko „hieroglifami i cyferkami”? W jaki sposób mają ocenić to pracujący w PKW informatycy, których według sekretarza Czaplickiego jest pięciu i nie radzą sobie z obecnymi zadaniami, a PKW nie może się doprosić o środki na zwiększenie ich liczby? Dlaczego więc instytucja ta zabiera się za rzeczy, których nie rozumie i nie może zrozumieć?

Efektem masowej cyfrymanii, czyli patologicznego rzucania się na „cyfryzację”, której się nie rozumie, a która wprowadzana jest tylko i wyłącznie po to, by można było powiedzieć, że dana instytucja jest „nowoczesna”, są właśnie takie porażki. Przecież w Polsce zarówno same wybory, jak i zliczanie głosów, są aż do bólu analogowe. Po co „kalkulator wyborczy”, który ma wysłać wyniki i wygenerować protokół, skoro ten sam protokół, razem z przeliczonymi głosami, musi i tak zostać dostarczony fizycznie do komisji wyborczej wyższego szczebla?

Ale podobnych przykładów można wymieniać mnóstwo – portal dla bezdomnych za 49 milionów, 66 milionów za portal o Dolnym Śląsku, strony urzędów, na których znalezienie interesującej petenta informacji wymaga posiadania osobnego zmysłu, portal dla właścicieli kotów za blisko 600 tysięcy, czy wciskane w szkołach elektroniczne dzienniki, których obsługa zajmuje 10 minut z lekcji trwającej minut 45. Porównując koszta jakie w skali kraju generują takie porażki, można dojść do wniosku, że wpadka PKW nie kosztowała nas nawet tak dużo.

Oczywiście jeśli wziąć pod uwagę tylko złotówki, a nie czas i nerwy ludzi z okręgowych komisji wyborczych czy zaufanie wyborców do mechanizmów demokracji.

Zdjęcie: Flickr/Lukas Plewnia


podobne treści