internet

Ashley Madison czyli bolesny przykład na to, że wszystko w Internecie jest publiczne

W swoim wczorajszym felietonie odnoszącym się do sprawy ataku na portal Ashley Madison, Ewa Lalik zadała bardzo ważne pytanie, które brzmi „od kiedy Internet jest miejscem narzucania jedynej słusznej moralności?” Z chęcią odpowiem – mniej więcej od początku swojego istnienia.

Oczywiście w czasach, w których dostęp do zasobów Sieci mieli jedynie naukowcy z kilku ośrodków uniwersyteckich na świecie, trudno było to zauważyć, ale z perspektywy czasu można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jedyna słuszna moralność niejako wbudowana jest w założenia  Internetu. Jest ich logiczną konsekwencją. I wraz z upowszechnianiem się dostępu do Sieci, a zwłaszcza wraz z rozwojem sieci społecznościowych, czy to „zwykłych”, czy takich, które reklamują się sloganem „życie jest krótkie, pozwól sobie na romans”, ta jedyna słuszna moralność stawała się coraz bardziej widoczna. Co więcej, moralność ta naprawdę jest jedynym słusznym sposobem postępowania w Sieci i dotyczy wszystkich jej użytkowników w równym stopniu. A jej pierwsze przykazanie brzmi – „wszystko co robisz w Internecie jest publiczne”.

I nie jest to wcale przesadzone stwierdzenie. Jedynym praktycznym ograniczeniem w dostępie do informacji znajdujących się w Sieci nie są wcale ustawienia prywatności, a ilość sił i środków, które ktoś chce poświęcić w celu uzyskania dostępu do tych informacji. Czasami środki te nie muszą być wcale duże, czego najlepszym przykładem są pracodawcy, którzy przed zatrudnieniem danej osoby sprawdzają jakie informacje udostępnia ona publicznie na swoich profilach. Czasem środki te oznaczają zatrudnienie hackerów dysponujących specjalistyczną wiedzą, czego przykładem są wszelkiego typu włamania i kradzieże, o których dowiadujemy się regularnie. Czasami sprowadza się to do zaangażowania instytucji powoływanych przez państwa, czego najlepszym przykładem jest działalność NSA, GCHQ, jednostki 61398 czy FSB. Ale wszystkie te działania, niezależnie od tego, czy dotyczą osób prywatnych, firm czy państw, mają wspólny mianownik, a jest nim chęć zdobycia informacji, które pojawiły się już w Sieci.

W świetle powyższych faktów naprawdę jedynym logicznym postępowaniem jest założenie, że wszystkie informacje, jakimi „karmimy internety” mogą zostać upublicznione. Więc należy działać w taki sposób, by później nie musieć się tego wstydzić.

Trudno powiedzieć, czy jest to „dobre” czy „złe”, nietrudno jednak wyobrazić sobie, że kolejnym etapem, zwłaszcza jeśli podłączymy do Sieci wszystkie nasze samochody, termostaty i lodówki, może być powstanie całkowicie nowego systemu zachowań. Może coś na kształt NEti opisywanego w Czarnych Oceanach Dukaja? Może wyewoluuje to w innym kierunku? Dziś jeszcze tego wiemy, ale każde udogodnienie, zwłaszcza takie, które ułatwia dostęp do informacji, ma swoją cenę.


podobne treści