grynews

666 MHz: Cyfrowe przekupki 2.0

Ponad rok temu, w jednej z pierwszych odsłon 666 MHz, długo i namiętnie narzekałem na dystrybucję (stricte) cyfrową. Ponieważ tylko krowa nie zmienia zdania – w ramach dzisiejszego, skromnego jubileuszu, postanowiłem tę opinię zaktualizować!

Prawda jest taka, że mój pogląd nie zmienił się pod wpływem głębokiej, duchowej przemiany. Przyczyną nie były również długie i monotonne ciągi liczb, których analiza pozwoliłaby mi na wyciągnięcie daleko idących, naukowych wniosków. Niestety, nie znalazł się też żaden przedstawiciel cichego PR-u, który rzuciłby kopertę wypchaną dolarami w zamian za skrzętnie zakamuflowany, chwalebny artykuł sponsorowany. Wręcz przeciwnie! Prawdziwy powód związany jest z sączącym się strumieniem „plastikowego” pieniądza, który przez ostatnie 12 miesięcy wypływał z mojego konta i zasilił 54 transakcje przeprowadzone w sklepie Steama. Pomijając odwieczny problem, pt.: „być czy mieć”, taki obrót spraw skłonił mnie do ponownego przypatrzenia się cyfrowym przekupkom.

Dystrybucja cyfrowa dalej pozostaje polem bitwy, na którym pojedynkują się niezależni wydawcy, największe rekiny branży i sprzedawcy detaliczni (pudełkowi). Widać jak na dłoni, że walka ta wciąż się zaostrza, przykładem może być niedawne spięcie na linii EA – Steam. Elektronicy w sposób brutalny wyprowadzili część swoich produkcji z platformy Valve tylko po to, aby wzmocnić swojego Origina. Teoretycznie, są to jedynie zagrywki korporacyjne, ale w praktyce cierpi również użytkownik. Uwierzcie mi, że nie byłem zadowolony z konieczności instalacji kolejnego ładnie nazwanego spyware tylko po to, aby zagrać w Battlefielda 3. Nie ulega wątpliwości, że sprzedaż cyfrowa połączona z dodatkowymi ograniczeniami i subtelnymi formami DRM-u może być solidnym powodem do narzekania w przyszłości.

Z drugiej strony, platformy dystrybucji cyfrowej stały się prawdziwą ziemią obiecaną dla autorów nieśmiałych i niezależnych. Tak, poruszałem ten wątek poprzednio, ale chcę podkreślić, że pod tym względem można było przez ostatnie miesiące zaobserwować prawdziwy potop nowości. Indie Developers walą drzwiami i oknami gdzie tylko się da a gracze mogą dzięki temu pograć w produkcje świeże, oryginalne i atrakcyjne cenowo. Koniecznie muszę też wspomnieć o akcjach pokroju Humble Bundle oraz Indie Royale. Nie ma nic lepszego jak wspieranie utalentowanych twórców (przy okazji oddając grosik dla potrzebujących) – bez cyfrowej dystrybucji tego typu inicjatywy nie miałby racji bytu. Paradoksalnie więc, na zmonopolizowanych kartach Steama, GMG, GamersGate i spółki można dopatrywać się prawdziwego odrodzenia gier „garażowych”.

Wielkim sekretem wersji 1.0 tego artykułu było natomiast skrupulatne pominięcie dwóch ważnych zalet dystrybucji cyfrowej: czasu i ceny. Jestem pewien, że zrobiłem to umyślnie, ale na swoją obronę powiem, że wtedy jeszcze nie miałem aż tak długiej historii sklepowych aktywności. Nie ukrywam, że dalej brakuje mi fizycznych pudełek, które są niezwykle wartościowe dla każdego kolekcjonera. Przyznaję również, że moja pamięć wciąż szwankuj i często łapię się na tym, że chcę kupić przez Internet tytuł, który mam już przypisany do któregoś ze swoich kont. Znalazłem jednak uzasadnienie dla tego typu sytuacji – wynikają one z obrzydliwej wręcz wygody nabywania gier w kanałach sprzedaży cyfrowej. Dwa kliknięcia, logowanie do PayPala, potwierdzenie i połatana gra już ściąga się na dysk. Bez wychodzenia z domu, stania w kolejce, instalacji oraz żonglowania płytami. Nie bez znaczenia jest też najświeższa wiedza o tym, że wszelkie pudła i kartony mogą być realnym zagrożeniem życia.

Na początku napomknąłem o 54 transakcjach. Wbrew pozorom, nie zrobiłem tego dla lansu – biorąc pod uwagę, że w połowę z tych gier zagrałem 5 minut lub wcale, taka rozrzutność to co najwyżej powód do wstydu. Całe szczęście, mogę pocieszać się tym, że nie wydałem na te zakupy fortuny. Wszystkie liczące się serwisy działające w branży cyfrowej dystrybucji od długiego czasu uskuteczniają liczne promocje: oferty dnia/tygodnia, kody promocyjne, pakiety, wyprzedaże… Ilość tego typu akcji jest wręcz przytłaczająca – gracze oszczędni mogą, niczym modne aktualnie szafiarki, pozwolić sobie na tytuły modne i tanie zarazem. Ceny standardowe, odpowiadające tym zza wielkiej wody, dalej są (szczególnie w Polsce) nieatrakcyjne, ale wszelkie promocje bardzo często o kilka długości wyprzedzają tradycyjne kanały sprzedaży. 

Rok temu skwitowałem, że cyfrowym przekupkom nie wierzę. W zasadzie – tutaj wiele się nie zmieniło, podobnie jak każdy niedzielny kierowca, do licznych serwisów tego typu podchodzę z dystansem, stosując zasadę ograniczonego zaufania. Pomimo tego muszę przyznać, że wirtualne zakupy całkowicie urzekły mnie swoją wygodą i taniością, które skutecznie przesłoniły widmo bankructwa właścicieli tych usług. Szczerze, z całego serca, dystrybucję cyfrową polecam. Zaznaczam jednak, że w obawie o mój portfel, dalej będę się temu zjawisku przyglądał…

PS. Złośliwe 666 MHz pojawia się cyklicznie, raz w tygodniu, w sobotę. Jeśli macie w głowach jakieś tematy, pomysły lub sugestie – piszcie na mojego maila: [email protected].

#!#ankieta#!#

podobne treści

  • Hmmm

    Zaczynam się zastanawiać czym jest gizmodo.
    W miarę sensowna stroną o duperelach nielubiącą apple czy blogiem o rzeczach oczywistych.

  • Damian Kowalczyk

    hmmm… gizmodo jest hipsterem. <3

  • Damian Kowalczyk

    hmmm… gizmodo jest hipsterem. <3

  • Damian Kowalczyk

    hmmm… gizmodo jest hipsterem. <3