wtf

Żwirek dla kotów przyczyną incydentu atomowego

To nie żart, to konkluzja rocznego śledztwa prowadzonego przez Departament Energii Stanów Zjednoczonych, który badał przyczyny incydentu, jaki doprowadził do wstrzymania pracy w składowisku odpadów WIPP.

Amerykański ośrodek Waste Isolation Pilot Plant (WIPP) jest jednym z niewielu miejsc na świecie, które zaprojektowano jako stałe składowiska odpadów radioaktywnych. Składowane na głębokości ponad 650 metrów odpady pochodzenia transuranicznego, które powstały podczas produkcji broni jądrowej, mają być tam bezpiecznie zamknięte przez co najmniej 10 tysięcy lat. I generalnie raczej nic temu nie zagrozi, problem w tym, że w ubiegłym roku jeden z pojemników, w których znajdują się odpady, pękł. W rezultacie 21 pracowników ośrodka zostało napromieniowanych niskimi dawkami promieniowania, a sam ośrodek został zamknięty do odwołania.

Przeprowadzone po incydencie śledztwo nie pozostawia wątpliwości – przyczyną wypadku był żwirek dla kota. A konkretnie zła jego odmiana.

Procedura postępowania z odpadami radioaktywnymi zależy oczywiście od ich rodzaju, ale w przypadku beczki numer 68660 należało ustabilizować znajdujące się w jej wnętrzu substancje chemiczne przy pomocy sepiolitu, czyli minerału, który wykorzystywany jest między innymi do produkcji żwirku dla kotów. A ponieważ żwirek sprzedawany jest w dość wygodnych opakowaniach, pracownicy zakładu korzystali właśnie z niego. Problem w tym, że do pechowej beczki omyłkowo wsypano nie żwirek mineralny, a organiczny. To doprowadziło do rozpoczęcia niekontrolowanych egzoenergetycznych reakcji wewnątrz pojemnika, powstania oparów, wzrostu ciśnienia, a ostatecznie rozszczelnienia pojemnika.

Z powodu incydentu WIPP będzie zamknięty jeszcze co najmniej do końca tego roku. Operacja ponownego uruchamiania ośrodka ma według szacunków Białego Domu kosztować 243 miliony dolarów. Wygląda na to, że właściwy wybór żwirku dla kota, to dużo poważniejsza sprawa, niż można było przypuszczać.

Zdjęcie: Flickr/US DoE


podobne treści