news

Zmierzch wytwórni muzyczych: Zmieńcie się lub wasz koniec bliski!

Czasy hegemonii koncernów muzycznych to definitywnie przeszłość. Zyski
spadają, muzycy się buntują (przykład z wczoraj – OK Go), a nowe kanały
dystrybucji, np. YouTube i BitTorrent odebrały wytwórniom monopol na rynku
rozrywki. Jednak niektóre koncerny starają się, jak mogą, by dostosować się do ery
cyfrowej.

Hasło „Zmień się lub giń” może brzmi przesadnie, ale przesadą nie jest! Nigdy wcześniej branża nie znajdowała
się w tak trudnej sytuacji. Tradycyjnie, sytuacja wyglądała tak: koncern
finansował debiut grupy, a gdy ta zaczynała zarabiać, większość zysków trafiała
do kieszeni patrona. Miało to sens, gdy grupy nie miały technicznych możliwości
nagrywania muzyki, a płyty sprzedawano za 15 dolarów.

To już przeszłość. Sprzedaż płyt CD zamiera, nastolatki wolą mieć cyfrową
bibliotekę swoich ulubionych utworów na komputerze. Radio nie przynosi dużych dochodów
i nie wystarcza, by wspomagać kulejące wytwórnie. Zyski nadal przynoszą utwory
muzyki country, R & B i pop, ale to nie ratuje sytuacji.

Co przechodzi do lamusa

Funkcjonowanie branży zmieniło się ostatnimi laty tak bardzo, że nie wszyscy
zdążyli to zauważyć.

Wytwórnie skupiały się niegdyś na tłoczeniu i dystrybucji płyt. Dziś tylko
Sony ma własną tłocznię. Ale każda wytwórnia musi dbać o logistykę,
dystrybucję, promocję, przyjmować zwroty i reklamacje. Tymczasem płyta jako
nośnik zapisu cyfrowego to przeżytek.

Muzykę sprzedaje się dziś w postaci cyfrowej. iTunes odpowiada za 25 %
obrotów branży w USA.  W latach 2007-2008
o 15,4% spadła na świecie sprzedaż płyt CD, a o 24,1% wzrosła sprzedaż utworów
w internecie.

Dla alternatywnej grupy muzycznej istnieje wyjście lepsze od współpracy z
wytwórnią: korzystanie z pośrednictwa takich firm, jak TuneCore i CD
Baby
które za niewielką prowizją pomagają w umieszczeniu utworów w Sieci. Za
jedyne 47 dolarów możesz przez TuneCore umieścić swój album w Internecie, nie
przenosząc na nikogo praw autorskich. Szef Tune Core, Jeff Price, powiedział nam,
że zyski ich klientów wzrosły z 7 do 31 milionów dolarów w latach 2007-2009. Nadal
nie jest to jednak znaczny udział w globalnym rynku muzyki, który w 2008 roku
przyniósł ogółem 4,9 miliarda dolarów.

Kolejnym czynnikiem ułatwiającym debiut muzykom jest łatwy dostęp do sprzętu
i oprogramowania muzycznego. A promocja? Od czego jest internet?

Wytwórnie i ich spece od marketingu nie są już muzykom potrzebni. Utwór nie
potrzebuje „patrona”, by pojawić się w radiu i MTV. Wystarczy wrzucić go na
YouTube i zamieścić na blogu grupy.

Muzycy wiedzą, jak przekierować osobę, która ogląda ich klip na YouTube na
stronę zespołu, konto na iTunes, profile na Facebooku i bandcamp.com. Zapisują
maile i profile użytkowników, by potem się z nimi kontaktować i promować swoje
nagrania, koncerty, gadżety. Wytwórniom to nie służy!

Ciężkie czasy dla wytwórni

EMI zaraz wykrwawi się na śmierć. Koncern poinformował w tym miesiącu o 2,4
miliarda dolarów straty, co daje ogółem 4,5 miliarda dolarów długu firmy wobec
banku CitiGroup. Markę może uratować tylko bolesna restrukturyzacja plus
zastrzyk pieniędzy od nowego właściciela.

EMI należy do brytyjskiego funduszu kapitałowego Terra Firma Capital
Partners. Fundusz posiada także sieć stacji benzynowych i firmy zajmujące się
utylizacją odpadów. Dla inwestorów, biznes, który przynosi straty, należy
sprzedać lub zlikwidować, nieważne, czy wydaje muzykę, czy wywozi śmieci.

Glenn Peoples  z magazynu „Billboard”
powiedział nam, że choć EMI tnie koszty i nie podejmuje ryzykownych decyzji,
straciła możliwość generowania przychodów, które wystarczają na utrzymanie
firmy. Sprzedaż marki jest nieuchronna.

Rzecznik EMI Music żyje w innym świecie: „EMI Music świetnie radzi sobie na
rynku, pomimo trudnych warunków. Odnotowaliśmy wzrost przychodów, zysk
operacyjny i wzrost marży”. Lecz jeśli nie przekonają Terra Firma, że mają plan
na wydostanie się z zapaści, optymizm nie wystarczy.

Możliwe, że rynek czterech gigantów stanie się rynkiem trzech. Byliby to:

- Universal Music Group francuskiego koncernu Vivendi;

- Sony Music Entertainment, która należy do Sony;

- Warner Music Group, jedyna niezależna marka, oddzielona od Time Warner w
2004 roku. Strata w 2009 roku: 3,5 miliarda dolarów.

Wytwórnie to nie potwory

Nie należy przesądzać o śmierci wytwórni. Wszystkie już czym prędzej
wprowadzają nowe plany działania, a nie zapominajmy, że nadal mają wiele do
zaoferowania.

Ra Ra Riot to grupa
z Syracuse w stanie Nowy Jork, która pracuje nad drugim albumem, wydawanym
przez Barsuk Records. Wytwórnia indie rocka Barsuk ma siedzibę w Seattle i
wydaje też muzykę grup: Death Cab for Cutie, Mates of State, Nada Surf i They
Might Be Giants.

Spytałem Josha Rotha, managera Ra Ra Riot, dlaczego współpracują z
wytwórnią. Odpowiedział, że patronat wytwórni daje grupie legitymizację:
„Podoba nam się muzyka tej grupy, posłuchajcie”. Na rynku jest wielu muzyków, a
współpraca z wytwórnią daje prestiż.

Gitarzysta grupy Ra Ra Riot, Milo Bonacci, powiedział mi, że bardzo ważna
jest promocja muzyki przez wykorzystanie utworu w reklamach. Bardziej, niż
umieszczenie w radiu i na antenie MTV. Dzięki temu grupa dostaje zastrzyk
gotówki, a słuchacze przyzwyczajają się do utworu. „Współpracując z wytwórnią,
łatwiej o kontrakt reklamowy”.

Istnieje też różnica między wielkimi wytwórniami, z dużymi możliwościami
finansowymi i kontaktami, a mniejszymi, prowadzonymi przez pasjonatów. Te
drugie mają może mniejsze możliwości, ale i bardziej się angażują w promocję
zespołu.

Bonacci podkreśla także, że współpraca z wytwórnią indie od razu tworzy więź
między zespołem i fanami. „Nie ma fanów wytwórni Sony czy Uniwersal. Niezależne
wytwórnie, jak Domino i SubPop mają
swoich fanów.”

Mniejsze wytwórnie skupione na indie rocku mają niewielkie koszty i są
elastyczniejsze, lecz brak im wsparcia finansowego dużych instytucji. W zeszły
roku zamknięto słynną Touch
and Go
, która wydawała m.in. utwory TV on the Radio, Ted Leo and the Pharmacists
i Blonde Redhead.

Inne sposoby na zarobek.

Aby przetrwać, koncerny starają się zarobić na innych polach aktywności
muzyków: koncertach i spotkaniach z fanami. Drugim źródłem dodatkowych funduszy
są gadżety, np. koszulki i plakaty. Niektóre wytwórnie podpisują z artystami
kontrakty „360”, czyli obejmujące 
wszystkie pola aktywności muzyka. W 2002 roku EMI podpisał taką umowę z Robbie’m
Williamsem za 80 milionów funtów, co nie skończyło się najlepiej dla żadnej ze
stron. Jednak ostatnio piosenkarz wydał oświadczenie wpierające EMI w
kontekście długu wobec CitiGroup.

Dlaczego? Artyści potrzebują pomocników – specjalistów, którzy pracowaliby
na ich promocję, prawników, oddanego managera. Ludzi, którzy ogarną koncerty,
internet, gadżety. Na przykład łatwiej i taniej wydrukować T-shirty, gdy
pracuje dla ciebie ktoś, kto ma kontakty w firmach odzieżowych. Nie wszystko
można zrobić samemu, a muzyka to biznes, nie tylko sztuka.

Umowa „360” nie przysłuży się każdej grupie. Niewielkie wytwórnie stają się
managerami zespołów. Manager Ra Ra Riot uważa, że to kiepski pomysł i lepszym
rozwiązaniem jest współpraca z wieloma pośrednikami i specjalistami.

Manager może nawet zastąpić wytwórnię. Wczoraj grupa OK Go ogłosiła, że
zrywa z  EMI i podejmuje współpracę z Paracadute.
Tymczasem Paracadute to właściwie własne marka OK Go odpowiedzialna za
zarządzanie, promocję i dystrybucję nagrań. Peoples tłumaczy: „Duża wytwórnia
ma niewiele do zaoferowania takiej grupie, jak OK Go. Nie grupie, która promuje
się za pomocą świetnych klipów na YouTube i nie potrzebuje kontaktów w radiu i
MTV”.

Oczywiście, nie każda grupa może sobie na coś takiego pozwolić. Sprawa
wygląda zupełnie inaczej w przypadku wykonawców R&B, pop i country.
Promocja w tradycyjnych mediach jest im niezbędna.

Przyszłość? Zarobki w przemyśle muzycznym nie będą pochodzić ze sprzedaży
albumów. Każda grupa i wykonawca stanie przed wyborem: pozostać z wytwórnią i
pozwolić jej na jeszcze większą ingerencję w swoją działalność, czy zacząć działać
na swoim.

Wytwórnie, jeśli chcą przekonać wykonawców, że mają im wiele do
zaoferowania, muszą przejść znacznie większe zmiany, niż dotychczas. Peoples
używa tu ciekawego porównania: „Taki na przykład alkoholik, by odbić się od
dna, musi najpierw to dno osiągnąć. Nie wiem, czy wytwórnie już są na dnie, ale
zapewne tego właśnie trzeba, by coś wreszcie zaczęło się zmieniać.”

Zbawieniem dla wytwórni może okazać się także niechęć wielu grup do brania
na siebie wszystkich czynności potrzebnych do promocji i dystrybucji muzyki. Bonacci
podkreśla: „Nie chcę się martwić drobiazgami. Jestem muzykiem i wolałbym się
skupić na graniu. Nie po to gram z zespole, by pracować także w biurze.”


podobne treści


  • groovemanager

    Ale bez takich dużych wytwórni nic się nie zdziała. Oczywiście zawsze będą małe niezależne ale one nie utrzymają rynku. Aby powstało coś lepszego musi powstać coś gorszego co przynosi pieniądze. Każda firma, nawet ta najmniejsza w końcu przy braku konkurencji staje się największa. Wszelkie majorsy również były małe, ale z czasem wchłonęły inne firmy i ich katalog stał się duży. O upadku klepią i klepią, a to tylko forma przejściowa. Trend spowodowany przez odtwarzacze przenośne. Osobiście nienawidzę muzyki w wersji cyfrowej…jest bezpłciowa, nieporęczna i ogólnie nie wiadomo co z nią zrobić. Mając odtwarzacze używałem ich sporadycznie, okresowo, ogólnie nudziła mnie ta ciągła wymiana plików. Pliki zapychają dyski, trzeba kupować nowe, segregować itp. Filmy w wersji cyfrowej, gry, zdjęcia są do niczego. Łatwo je przez nieuwagę usunąć, zagubić itd.

  • groovemanager

    Co do CDBaby to od lat wchodzę tam sporadycznie… publikują tam niemiłosierny crap. Nie ma tam nic ciekawego, tony zbędnych i przeciętnych utworów. Gadanie o upadku dużych wytwórni to jak gadanie o upadku wielkich wytwórni filmowych… a dzięki komu powstają wielkoformatowe produkcje? Przecież pojedyncze osoby tego nie ogarną. Gdyby każdy muzyk miał pisać muzykę, organizować koncerty, załatwiać sprawy z tłocznią, promować płytę, umawiać się na spotkania to by na łeb dostał i guzik co by zrobił. Oczywiście, mali muzycy tak robią, ale na krótką metę bo nie mają wyjścia. OK Go to dośc przeciętny band z kilkoma chwytliwymi numerami, a po prostu ich działalność „indie” sprawdza się w takich niecodziennych mediach i nic poza tym. EMI i tak nie jest zainteresowane podobnymi zespołami, bo jest multum lepszych. Wytwórnia jest po to aby wykorzystać jej zaplecze i mieć dostęp do warunków o których się nawet nie marzyło. Kto chce kupować dziadowskie pliki to niech sobie kupuję pliki, są ludzie którzy wolą mieć płytę winylową, kompaktową.

  • groovemanager

    Śmieszy mnei wypowiedź, że nie można być fanem Sony czy Universal Music. A niby dlaczego? Przecież one mają w swoich zasobach wiele uznanych i kultowych wytwórni: Verve, Motown, Duetsche Grammophon itp.