wynalazki

Zapomniany geniusz, człowiek-bomba: Barnes Wall

Wszyscy pamiętają udział polskich matematyków w złamaniu kodu Enigmy, tak samo zresztą jak udział Alana Turinga w tym samym projekcie. Wszyscy pamiętają również wybitnych fizyków pracujących przy Projekcie Manhattan. Zapomnianym geniuszem II wojny światowej pozostaje jednak Barnes Wallis, którego szalone pomysły może i nie przechyliły szali zwycięstwa na stronę aliantów, ale na pewno im w tym zwycięstwie pomogły.

Wallis urodził się w 1887 roku i już w wieku 17 lat rzucił szkołę, by zająć się tym, co ciekawiło go najbardziej – inżynierią. Zatrudnił się w firmie Thames Engineering Works, później poszedł na studia inżynierskie, by zmienić pracę i wstąpić w szeregi Vickersa, angielskiego producenta samolotów. Nie wiadomo, skąd wzięła się u niego pasja do konstruowania bomb, ale sam Wallis tłumaczył to tym, że kiedy wybuchła II wojna światowa, postanowił przysłużyć się krajowi. A że sam zauważył, że ma on braki w rodzajach zrzucanych z nieba pocisków…

Alianci nie mogli sobie na przykład poradzić z niemieckimi tamami, które produkowały znaczne ilości energii elektrycznej. Próbowali niszczyć je przy pomocy torped, ale te zatrzymywane były przez specjalne siatki. Z kolei naloty z użyciem klasycznych bomb nie przynosiły oczekiwanego rezultatu. W tym momencie, w roku 1942, na scenie pojawił się Barnes Wallis ze swoim projektem ”skaczących bomb”, na których koncept wpadł puszczając ”kaczki” w przydomowym stawie. Początkowo wszyscy pukali się w głowę, patrząc na ten projekt, ale postanowili dać mu szansę.

”Skaczące bomby” o beczkowatym kształcie, przy ich zrzucaniu dostawały wstecznej rotacji, dzięki czemu ”podskakiwały” na powierzchni wody, omijając zarówno nawodne jak i podwodne zabezpieczenia, by wreszcie zanurkować i eksplodować. Sama eksplozja zaś wzbudzała z kolei falę wodną niszczącą cel.

Akcje z udziałem ”skaczących bomb” okazały się sukcesem, a jedynym ich minusem było to, że załogi bombowców musiały przelatywać naprawdę nisko nad celami, by atak był skuteczny. Sprawiało to, że aż 37% z nich nie wracało już do bazy. Dlatego po roku 1943 takie ataki przeprowadzono już tylko wtedy, gdy było to naprawdę konieczne.

Efekt fali wciąż nie dawał jednak spokoju Wallisowi. Już wcześniej, na początku wojny, doszedł on do koncepcji ”bomb powodujących trzęsienie ziemi”. Pomyślał on, że gdyby stworzyć pocisk, który zrzucony z ogromnej wysokości, przekraczałby w locie barierę dźwięku, wbijałby się pionowo w ziemię, zakopywał w niej i potem eksplodował na odpowiedniej głębokości, to fala byłaby niszcząca dla wszystkich budynków w promieniu wielu metrów, a czasem nawet kilometrów. I ponownie, wszyscy pukali się w głowę, słysząc takie fantazje. Dopiero sukces ”skaczących bomb” sprawił, że Barnes Wallis otrzymał zielone światło dla swoich prac od dowództwa.

Problem polegał na tym, że optymalny układ, według Wallisa, był taki, żeby 10-tonowy pocisk zrzucono z wysokości 12 000 metrów. RAF nie posiadał jednak wtedy samolotów zdolnych do transportu tak ciężkiej bomby, nie mówiąc już o tym, żeby wznieść się z nią na taką wysokość. Sam Wallis zaprojektował zatem (w końcu pracował dla Vickersa) samolot o nazwie ”Victory Bomber”  – 40-tonowego kolosa o rozpiętości skrzydeł ponad 50 metrów. Nigdy nie wszedł on jednak do produkcji.

W końcu Wallis musiał pójść na pewne kompromisy. Zbudował zatem bombę, którą nazwał Tallboy. Ważyła ona zaledwie 5,5 tony i zrzucana była przez specjalnie do tego celu przystosowane bombowce Avro Lancaster z 7 700 metrów, ale i tak okazała się niezwykle skuteczna w niszczeniu niemieckiej infrastruktury przemysłowej, zabijając przy tym jak najmniej cywili. Budynki i hale fabryczne w pobliżu których Tallboy spadał składały się wprawdzie jak domki z kart, ale nie było naziemnej fali uderzeniowej, która niszczyłaby wszystko na swojej drodze. Równie skuteczny był 10-tonowy Grand Slam, którego produkcję można było zacząć w roku 1945, po tym jak pojawił się zdolny do jego transportu Avro Lancaster B. Mk-1.  Tallboy i Grand Slam zniszczyły wiele celów, których wcześniej nie udało się dosięgnąć, takich jak fabryka pocisków V2, 150-milimetrowe działo V3, które z Francji miało ostrzeliwać Londyn, okręt wojenny Tirpitz czy przystań U-bootów w St. Nazaire.

Zapomniany juz dzisiaj Barnes Wallis, który zmarł w roku 1979 nie wygrał może w pojedynkę II wojny światowej, ale na pewno przyczynił się do łatwiejszego ostatecznego zwycięstwa aliantów. Zresztą nie wszyscy o nim zapomnieli. Budynek należący do Związku Studentów Uniwersytetu w Manchesterze nazwany jest imieniem Barnesa Wallisa, angielski inżynier ma również pomnik w Hern Bay, w hrabstwie Kent.


podobne treści