biznesinternetWiadomość główna

Yahoo da się jeszcze uratować?

Yahoo, dawny gigant, a obecny zombie światowego internetu ma nowego prezesa. Nową panią prezes dla ścisłości. To Marissa Mayer, która ostatnie 13 lat przepracowała w Google. Jej zadaniem będzie uratowanie Yahoo, ale powstaje pytanie, czy ta misja ma w ogóle jakiekolwiek szanse powodzenia.

W późnych latach 90. i na początku kolejnego tysiąclecia, dla wielu ludzi Yahoo było niemalże synonimem całego internetu. Wyszukiwarka tej firmy była najczęściej używaną, spora część internautów w ogóle nie ruszała się poza portal Yahoo, na którym mogła dostać wszystko, czego tylko oczekiwała. W 2000 roku za jedną akcję firmy płacono blisko 120 dolarów. Obecnie cena ta spadła do niewiele ponad 15 dolarów, Yahoo musiało zwolnić dwa tysiące pracowników, zostało wyprzedzone przez Google na wielu frontach, a czterech kolejnych prezesów w ciągu ostatnich czterech lat nie było temu w stanie zaradzić.

Oczywiście Yahoo wciąż ma wiele plusów. Posiada spory portfel produktów – Yahoo Mail, Yahoo Messenger, Yahoo Groups, Yahoo Voice, Yahoo Voices, Yahoo Sports (z naprawdę wyjątkowym zestawem felietonistów), Yahoo News, Yahoo Finance i Yahoo Shopping. Ten pierwszy na całym świecie ustępuje tylko Hotmailowi, a wszystkie usługi Yahoo razem wzięte przyciągają miesięcznie 700 milionów użytkowników, co jest już liczbą, która daje spory kapitał początkowy.

Problemem natomiast jest to, że wszystkich swoich produktów Yahoo wciąż nie potrafi połączyć w jeden sprawnie działający organizm. I to właśnie będzie głównym zadaniem nowej pani prezes, która będzie musiała również stworzyć spójną wizję oraz kierunek rozwoju firmy, a także bez zastanowienia odciąć usługi do tej wizji i tegoż kierunku nie pasujące. Tylko czy to coś da i Yahoo jest jeszcze do uratowania?

Raczej nie. Właśnie z tego powodu, że firma ta już od lat nie ma żadnej konkretnej strategii biznesowej, sama nie wie, czym tak naprawdę jest – czy korporacją medialną czy może technologiczną. I ta niespójność odbija się we wszystkich jej działaniach. Tak samo jak do dziś odbija się, ale czkawką, fakt, że wczesny sukces Yahoo spowodował, że ten ówczesny gigant rozleniwił się przeraźliwie i przestał podejmować jakiekolwiek ryzyko. A reguły internetowego biznesu są niezwykle proste. Albo walczysz cały czas, albo po prostu składasz broń i dajesz się pożreć konkurencji.

Yahoo wymaga tylu zmian, że tak naprawdę powinny one zająć kilka lat. A tyle czasu nikt tej korporacji nie da, w sieci wszystko zmienia się z prędkością może nie światła, ale prawie. Firmom, które próbowały po początkowym sukcesie i późniejszych porażkach stworzyć siebie na nowo – takim jak MySpace czy AOL – się to nie udało. I tak też ciężko uwierzyć w to, że Yahoo może się jeszcze w miarę szybko zmienić z chaotycznego zbioru starzejących się usług sieciowych w coś na wyższym poziomie rozwoju. Oczywiście mogłoby jeszcze kupować nowe produkty czy obiecujące startupy, ale wtedy musiałoby wejść w wojnę cenową z Facebookiem, Google czy Microsoftem, a na to Yahoo najzwyczajniej w świecie nie stać. Firma ma ”zaledwie” dwa miliardy dolarów w gotówce przy dwudziestu miliardach Faceboka, 50 miliardach Google czy 60 miliardach Microsoftu. Wydaje się zatem, że początkowa pula szczęścia, która pozwoliła Yahoo wypłynąć w początkowych latach globalnej sieci, właśnie się wyczerpała. I teraz czeka nas już tylko obserwowanie powolnego zgonu.


podobne treści