internetnewsWiadomość główna

Wybory w USA w cieniu cyberataków

Tegoroczna kampania prezydencka w USA, jak chyba żadna inna w historii, obfitowała w doniesienia o możliwościach rosyjskiej ingerencji w jej ostateczny wynik. Informacje o włamaniach na serwery Demokratów, zmasowany atak na serwery DNS czy próby ataków na systemy wyborcze nie doczekały się jednak jak do tej pory zdecydowanej odpowiedzi. Może ona jednak nastąpić po wyborach.

Amerykanie wybierają dziś nowego prezydenta, ale administracja Baracka Obamy wybrała już termin, w jakim USA odpowiedzą na prawdopodobnie rosyjskie ataki cybernetyczne związane z samymi wyborami. W pewnym sensie można też powiedzieć, że wybrała również sposób, w jaki odpowie.

Jak donosi New York Times, obecny prezydent USA już dwa miesiące temu miał osobiście przestrzec Władymira Putina przed podejmowaniem działań, które mogłyby zostać zinterpretowane jako rosyjskie próby wpłynięcia na wynik wyborów w USA. Późniejsze wydarzenia sugerują jednak, że ostrzeżenie to nie zostało wzięte zbyt poważnie.

W ostatnich tygodniach Biały Dom nie odnosił się jednoznacznie do doniesień medialnych na temat potencjalnego zaangażowania Rosji, ale według nowojorskiej gazety, decyzja już zapadła – ewentualna odpowiedź ma nastąpić dopiero po zakończeniu wyborów. Ma to zapobiec oskarżeniom o to, że bieżące wydarzenia polityczne wpłynęły na tę decyzję oraz zminimalizować niebezpieczeństwo rosyjskiego kontrataku w dniu wyborów. Źródła gazety nie podają, czy podległe prezydentowi USA służby zamierzają przystąpić do kontrataku już w środę rano, czy decyzja o wdrożeniu „proporcjonalnej odpowiedzi” zostanie pozostawiona następcy prezydenta Obamy.

Jednocześnie możemy już trochę powiedzieć o naturze tego kontrataku – w końcu „anonimowi doradcy prezydenta USA” nie wypowiadają się przypadkiem, a już sama informacja o tym, że Amerykanie planują „proporcjonalną odpowiedź” jest jakąś formą ostrzeżenia. Dodatkowo mniej więcej w tym samym czasie anonimowi przedstawiciele amerykańskiej społeczności wywiadowczej zaczęli chwalić się w mediach, że USA w każdej chwili gotowe są zaatakować rosyjską sieć energetyczną, telekomunikacyjną oraz systemy dowodzenia Kremla jeśli tylko będzie to konieczne. Wygląda więc na to, że samo poruszanie tego tematu ma być formą zniechęcenia Moskwy do ewentualnych prób zakłócenia dzisiejszych wyborów w USA.

Abstrahując jednak od tematu ewentualnych amerykańskich działań odwetowych, faktem jest, że intensywność szeroko pojętych działań w cyberprzestrzeni związanych w jakiś sposób z wyborami w USA była wyjątkowo duża. Jak zauważa David Rothkopf z Foreign Policy:

„Większość najgłośniejszych tematów tej kampanii zawierała w sobie element walki w cyberprzestrzeni lub wojny informacyjnej, w której zwłaszcza Rosjanie, specjalizują się już od dziesięcioleci. Od wykradzionych maili, przez WikiLeaks, próby złamania narzędzi NSA, a nawet sama debata na temat tego w jakim stopniu za tymi działaniami stoją Rosjanie, jest czymś, czego nie widzieliśmy podczas żadnych wcześniejszych wyborów.”

Zdjęcie: Flickr/debaird


podobne treści