newsWiadomość główna

Wraca pomysł indeksu stron zakazanych [aktualizacja]

Rządy się zmieniają, ale pewien specyficzny stan umysłu rządzących nie. Właśnie powrócił pomysł wprowadzenia w Polsce „indeksu stron zakazanych”.

Oczywiście z inną nazwą. Jak donosi Dziennik, powraca on jako „centralny rejestr domen internetowych służących do oferowania towarów i usług niezgodnie z przepisami prawa”. Na jego powołanie już podobno zgodził się rząd, a pomysł popierają ministerstwa cyfryzacji, finansów oraz infrastruktury.

Jak donosi gazeta, według pomysłów krążących obecnie po rządowych gabinetach, ministrowie finansów, infrastruktury, zdrowia, cyfryzacji, prezes UOKiK, oraz szefowie KNF i sanepidu będą mogli blokować (czyt. cenzurować) Polakom dostęp do stron WWW. Oczywiście w trosce o dzieci „praworządność”. Biorąc pod uwagę to, jak szeroka jest to lista, aż dziw bierze, że nie znalazł się na niej szef PARPA.

Co ciekawe, jest to kolejny przykład na to, że punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Obecnie rządzący najwyraźniej zapomnieli już, że kiedy podobne rejestry chciał wprowadzić rząd Donalda Tuska, były one mocno krytykowane i porównywane między innymi do stalinowskiej cenzury.

Tymczasem na powyższych pomysłach nie musi się skończyć. Obecnie nam panujący chętnie poszliby jeszcze dalej. Jak podaje Dziennik, anonimowy na razie poseł chciałby w ten sposób pozbyć się nawet pornografii:

„Dziś za wcześnie, by mówić, czy dostęp do stron pornograficznych powinien być ograniczony. Ale jeśli projekt centralnego rejestru trafi do sejmowej komisji, prawdopodobnie zgłoszę stosowną poprawkę.”

Takie cenzorskie zapędy nie mogą się spotkać z aprobatą ekspertów:

„Oceniam działania rządu jako przejaw słabości wobec negatywnych zjawisk współczesnego życia. Pytanie, jak bardzo negatywny wpływ będzie miało to na wolność pozyskiwania informacji.” twierdzi Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy fundacji ePaństwo w wypowiedzi dla Dziennika. „Jak słyszę o takich pomysłach jak centralny rejestr, to ciśnie mi się na usta ‚a nie mówiłem’. (…) Przyzwyczajono społeczeństwo, że pewne treści można blokować, a teraz ułatwi się blokowanie kolejnych. A tu paleta jest całkiem spora. I nie chodzi tylko o strony z pornografią. Znamy przykłady ze świata, gdzie rządy blokują dostęp do informacji o pytaniach egzaminacyjnych. Łatwiej jest bowiem utrudnić dostęp do treści niż zadbać o to, by określone dane nie wyciekały lub nie były tworzone.”

Trochę więcej światła na sprawę rzuca dzisiejsza publikacja fundacji Panoptykon, która dotarła do propozycji krążących w Ministerstwie Cyfryzacji. Według fundacji, proponowane projekty idą nawet jeszcze dalej, ponieważ oprócz cenzury, nakładanej całkowicie arbitralnie na podstawie decyzji urzędnika, która będzie mogła zostać podważona dopiero przed sądem, a to w naszych warunkach potrafi zająć lata, ministerstwa chciałyby też mieć możliwość sprawdzania, czy jednak przypadkiem nie omijamy nakładanych przez urzędników blokad.

Jak podaje fundacja, w praktyce przepisy mogą doprowadzić do tego, że na przykład sanepid uzyska dostęp do całego interfejsu operatora telekomunikacyjnego i wszystkich informacji o użytkownikach telefonów. Do cenzury dochodzi więc inwigilacja.

Zmiany mają być wprowadzone przy okazji uchwalania popieranego przez Ministerstwo Infrastruktury projektu ustawy tzw. „lex Uber”. W tym kontekście nietrudno domyślić się kto, jako „oferujący towary i usługi niezgodnie z przepisami prawa” znajdzie się na celowniku urzędników w pierwszej kolejności.

W chwili publikacji tego tekstu, redaktor Chrabota nie wymyślił jeszcze, jak sprzedać nam ten konkretny pomysł na cenzurę Internetu.

[Aktualizacja 18.07.2018]

Ministerstwo Cyfryzacji wydało czteropunktowy komunikat, z którego wynika, że pomysł jednego rejestru blokowanych stron wyszedł od operatorów, wszystko ma odbywać się w zgodzie z przepisami prawa, a rząd wcale nie chce w ten sposób cenzurować Internetu. Słowo harcerza.

Zdjęcie: Flick/Skye Suicide

podobne treści