internet

WikiLeaks dodaje swoje trzy grosze do śmierci Swartza

Aaron Swartz powiesił się trochę ponad tydzień temu, od tego czasu napisano już całkiem sporo na temat tego kim był i jakie konsekwencje miała jego śmierć. Ale prawdopodobnie nie wiedzieliście o powiązaniach Swartza z WikiLeaks.

Nic w tym dziwnego, w końcu WikiLeaks ujawniło te rewelacje zaledwie kilka godzin temu. Zgodnie z tym co twierdzi Twitter WikiLeaks, Aaron Swartz,w bliżej nieokreślony sposób, pomógł kiedyś stronie demaskatorskiej, w latach 2010 i 2011 utrzymywał kontakty z Julianem Assangem i mógł być jednym z informatorów WikiLeaks. Portal zdecydował się o tym poinformować ponieważ jego przedstawiciele są przekonani, że w śmierć Swartza może być zamieszane Secret Service.

 

 

Dlaczego jest to interesujące? Z dwóch powodów. Po pierwsze WikiLeaks, z Assangem na czele, cały czas potrzebuje wsparcia. Finansowego oraz wizerunkowego. Assange może i dostał azyl polityczny w Ekwadorze, ale jakoś nie słyszeliśmy o tym by opuścił londyńską ambasadę. Ponadto nadal trwa niezwykle skuteczna blokada wprowadzona przez banki a WikiLeaks po prostu nie dysponuje już takimi środkami na działalność jak kiedyś. Odrobina rozgłosu zawsze się przyda, prawda?

Nie wiadomo czy taka była motywacja portalu, ale trzeba przyznać, że wprowadzenie do dyskursu o  samobójczej śmierci Swartza wątków służb specjalnych i WikiLeaks może stworzyć wrażenie, jakoby amerykańskie władze naciskały tak bardzo na młodego aktywistę po to, by dobrać się do WikiLeaks. W takim układzie Swartz popełnia samobójstwo ponieważ chce do końca chronić anonimowość swoich kontaktów. Brzmi ciekawie? Jak najbardziej – mamy zły rząd USA, bohaterską postawę bojowników o wolność informacji i uciskane WikiLeaks w tle, czyli wszystko to czego potrzeba by powstała mała teoria spiskowa.

Niestety wyznawcy teorii spiskowych zwykli zapominać, że brak dowodów na istnienie spisku nie jest najlepszym dowodem na istnienie spisku. No i nie zapominajmy także o Swartzu, który nie może już potwierdzić twierdzeń WikiLeaks.

Drugi powód, dla którego uważam rewelacje WikiLeaks na temat Swartza za interesujące, jest fakt, że wymieniając jego nazwisko portal sam złamał swoje własne zasady dotyczące anonimowości źródeł.

Na swoich stronach WikiLeaks zarzeka się, że nigdy nie wyjawiło tożsamości żadnego ze swoich źródeł. Swartzowi dekonspiracja już nie grozi, ale podawanie informacji, że „mamy mocne podstawy do tego by wierzyć, choć nie możemy tego udowodnić, że Aaron Swartz był źródłem WikiLeaks,” nie jest najrozsądniejsze. W końcu jeśli zachodnie agencje rządowe chcą dobrać się do portalu, po co dawać im na tacy sznurek, po którym można próbować dojść do kłębka? Nie wspominając już o tym, że prawdziwi informatorzy nie po to wysyłają dokumenty anonimowo, by po ich śmierci policja przepytywała ich rodziny „na okoliczność”.

Niewykluczone, że Swartz faktycznie pomagał WikiLeaks, w końcu przyświecały im podobne idee. Ale prawdziwa motywacja osób, które opublikowały rewelacje na temat Swartza, pozostanie chyba na zawsze zagadką. Jako cynik obstawiam, że jest to po prostu niezbyt udana próba zwrócenia uwagi na WikiLeaks.


podobne treści