gadżetysprzętstyl życia

Wielki powrót Walkmana?

 

Walkman to taki sam symbol lat 80. i 90. jak flanelowe koszule, rosyjskie gierki z wilkiem łapiącym jajka czy galopująca inflacja. I Sony liczy, że na tej nostalgii zarobi. Może i japoński koncern się nie myli. A może tak. Raczej tak.

Wszyscy bowiem wiemy, że to pewnego rodzaju oszustwo. Kupno nowego, lśniącego, napakowanego elektroniką, bajerami i wodotryskami Z1000 nie sprawi, że wrócą wyidealizowane przez naszą pamięć czasy beztroski, dobrej zabawy i braku większych problemów. To nie wehikuł czasu tylko kolejny odtwarzacz multimedialny jakich wiele na rynku. Poza tym szeroko rozumiani ”klienci” to nie jest aż tak naiwna grupa, jak niektórym firmom mogłoby się wydawać. Oni zdają sobie sprawę z tego, że nowa Amiga to tak naprawdę wcale nie Amiga, a nowy Walkman to w rzeczywistości wcale nie Walkman, a przynajmniej nie taki, jak go pamiętamy.

Jeśli już gra się na czułej strunie nostalgii, dlaczego by nie iść na całość? Dlaczego by nie przywrócić do życia całej tej walkmanowej otoczki, wypuszczając kasety (lub nawet nie, w wielu miejscach można je jeszcze dostać) oraz prawdziwe kasetowe urządzenie, które wielu kupiłoby z czystego sentymentu? Prawdziwego walkmana nie jest już wcale tak łatwo dostać w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, a jeśli to już się uda, to często w nasze ręce trafia egzemplarz tak zniszczony i zajechany, że do przywrócenia go życia nie wystarcza już nawet wiedza z kilku roczników ”Małego elektronika”. Oczywiście prawdziwy, oryginalny walkman nie byłby podstawowym odtwarzaczem codziennego użytku. Ale kto od czasu do czasu nie chciałby poprzewijać taśmy, odsłuchać z nieodzownymi trzaskami tych kilku czy kilkunastu kaset, które zalegają jeszcze gdzieś na strychu i przez chwilę poczuć się jak w starych, dobrych czasach? Poprzewijać taśmy ołówkiem? Choć oczywiście też nieco racji mają ci twierdzący, że jeśli człowiek kiedyś używał kaset – znakomicie, a jeśli robi to wciąż, to jest po prostu obleśnym hipsterem.

Tymczasem, jak już zauważyło wiele osób, zamiast tego otrzymujemy po prostu nową Xperię, tyle że bez możliwości dzwonienia. I o nieco wyższym standardzie dźwięku, bo przedstawiciele Sony twierdzą, że na tym aspekcie swojego produktu się właśnie koncentrowali. Audiofile oraz inni maniakalni miłośnicy jak najczystszych brzmień nie stanowią chyba jednak aż tak dużego rynku, żeby na nim bazować, zresztą oni i tak, jeśli będą mieli wybierać, to sięgną po coś, co oferuje im jeszcze więcej jeszcze lepszych doznań niż Walkman Z1000. U innych chęć słuchania ulubionych utworów w wysokiej jakości przegra ze zdrowym rozsądkiem. Nowy produkt Sony odstrasza bowiem także ceną, która wynosi 1250 złotych za urządzenie spełniąjące funkcje, jakie ma każdy telefon komórkowy. I jakby jeszcze było mało, urządzenie, które ma zaledwie 16 GB pamięci. Taka ilość zrobiłaby niesamowite wrażenie w czasach pierwszych walkmanów (”Całe dyskografie moich wszystkich ulubionych zespołów na takim małym kawałku plastiku!”), czy wrażenie po prostu niezłe jeszcze jakiś czas temu, ale dziś nie imponuje, zwłaszcza w urządzeniu, które nie zajmuje się niemalże niczym więcej, a ma po prostu przechowywać i odtwarzać muzykę.

Walkman Z1000, wedle zapewnień Sony, ma przede wszystkim odświeżyć tę pokrytą kurzem markę. I to mu się na pewno uda. Nie uda mu się za to podbić rynku, nawet tego, na który przedstawiciele koncernu liczą. I tego jestem niemal pewien.


podobne treści