internetnews

W Internecie też obowiązują prawa autorskie

Pięć lat temu Monica Gaudio zamieściła na blogu o średniowiecznej kuchni Goode Cookery dwa przepisy na szarlotkę. W tym roku znalazła swój tekst, nieznacznie zmieniony, w czasopiśmie „Cooks Source„, czytanym przez 17-28 tysięcy mieszkańców Nowej Anglii.

Pani Gaudio najpierw uznała, że doszło do nieporozumienia i skontaktowała się z redakcją „Cooks Source”. Zwróciła się o zapłatę za tekst w formie dotacji dla szkoły w wysokości 130 dolarów, poprosiła też o zamieszczenie przeprosin w formie pisemnej. Dostała następującą odpowiedź od redaktora wydawniczego pisma, Judith Griggs:

Przecież wiesz, Monico, że Sieć należy do „domeny publicznej” i powinnaś się cieszyć, że nie skopiowaliśmy twojego tekstu i nie podpisaliśmy go nazwiskiem innej osoby. Chyba nie wiesz, jak często to się zdarza na uczelniach i w różnych zawodach. Jeśli zrobiło ci się przykro, to przepraszam, ale jako zawodowy redaktor muszę cię poinformować, że twój tekst był słabo napisany i z moimi poprawkami prezentuje się teraz znacznie lepiej.

Monica zamieściła tę odpowiedź na swoim blogu, ponieważ chciała się podzielić oburzeniem i poprosić o radę. „Słabo napisany” tekst był w istocie stylizowany na starą angielszczyznę, używaną na przełomie Średniowiecza i Renesansu. Najwięcej obiekcji budzi jednak stwierdzenie pani redaktor, że Sieć należy do „domeny publicznej”, czyli zamieszczone w niej treści nie podlegają ochronie pod względem praw autorskich.

Nic podobnego. W Internecie można znaleźć treści opatrzone zgodą na przedruk i kopiowanie, ale jeśli takowej klauzuli brak, skopiowanie zdjęcia, tekstu czy fragmentu strony stanowi kradzież własności intelektualnej. Nieważne, czy treść została wydrukowana w dzienniku, czy na witrynie internetowej. Należy zakładać, że prawa do niej są zastrzeżone. [LiveJournal, zdjecie: Gode Cookery]


podobne treści