news

Szmata na patyku

Czy tradycyjny parasol zostanie zastąpiony przeciwdeszczowym polem magnetycznym?

Wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą, aż tu nagle coś mokrego spada nam na głowę. Dobrze, jeżeli to tylko parę kropli nadchodzącego deszczu (w wielu rejonach świata jeszcze niecały wiek temu wylewano nieczystości z mieszkań wprost na ulice – stąd na przykład w Meksyku słowo „Uwaga!” to „Aguas!” czyli po prostu „Wody!” – w domyśle lecące na delikwenta z górnego piętra). 

Zatem, my mamy szczęście, nie jesteśmy w Meksyku ani nigdzie indziej przed wiekami i pada na nas jedynie deszcz. Po zidentyfikowaniu tych kilku kropli i stwierdzeniu, że właśnie zaczęło padać (a nie przechodzimy pod balkonem, na którym pani Gienia właśnie podlewa kwiatki), wyciągamy z kieszeni małe pudełeczko. Na pudełeczku jest guzik. Po jego naciśnięciu rozwija się nad naszą głową coś w rodzaju pola magnetycznego – płaska tafla o średnicy około metra. Jej zadaniem jest ochrona przed deszczem. Urządzenie jest inteligentne, porusza się razem z nami, śledząc każdy nasz ruch i nie pozwalając, by zmoczyła nas choć jedna kropla. Fajne? No jasne, że fajne, ale niestety, nic takiego nie istnieje (chyba, że wojsko trzyma to w tajemnicy w jakiejś strefie 51 na pustyni w Nevadzie).

Od setek lat w dziedzinie parasoli nic się nie zmieniło. Nadal chodzimy pod rozpiętą na kiju szmatą (bez urazy dla parasoli), zupełnie, jak nasi przodkowie w starożytnym Rzymie, Grecji, Chinach czy imperium Azteków. Z tą tylko różnicą, że kij z czasem zastąpiono drucianym stelażem, a szmata vel płótno wykonana jest z nieprzemakalnego materiału.

To niewielki postęp, biorąc pod uwagę, że latamy odrzutowcami, piszemy maile i rozmawiamy przez telefony komórkowe. Zwłaszcza, że deszcz przytrafia nam się nieustannie. To niesamowite, że wciąż jesteśmy wobec niego bezsilni. Woda z nieba zaskakuje nas w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach, a parasole nawet po złożeniu są na tyle nieporęczne, że nie nosimy ich przecież codziennie przy sobie.

Od lat najwięcej parasoli produkuje się w Chinach, głównie w prowincjach Guandong, Fujian i Zhejiang. W samych tylko Stanach Zjednoczonych sprzedaje się rocznie 33 miliony parasoli o wartości 348 milionów dolarów. Jednocześnie od lat główną wadą tego wynalazku jest łamliwość drutów. Wystarczy, że pada i mocno wieje, a już po chwili straszą, wystające z koszy na śmieci, porzucone drutognioty.
Założę się, że każdy z was zostawił kiedyś parasol w kawiarni, pracy lub parku, a jeśli nie wy sami (jak powiecie, że nigdy wam się to nie przytrafiło, to i tak nie uwierzę!), to na pewno ktoś z waszej rodziny. Ja się przyznaję, zostawiłam już niejedną sztukę – najbardziej nietypowe było pozostawienie parasola w krakowskiej dorożce. Zapominamy o nich, bo kiedy wychodziliśmy z domu – padało, a kiedy wracamy – nie pada. Niepotrzebny parasol łatwo wylatuje nam z głowy, a tym samym z ręki.
Słowo “parasol” (z włoskiego parasole – na słońce) w Polsce odnosi się zarówno do deszczu jak i słońca. Tymczasem Portugalczycy posiadają osobne słowo na deszczochron – “guarda – chuva”. Hiszpanie mają “paraguas” czyli “na wody”. A przecież w tych krajach znacznie mniej pada! Angielskie słówko “umbrella” pochodzi od łacińskiego “umbra” czyli cień, zatem odnosi się do ochrony przed słońcem. Czesi wbrew popularnemu w Polsce przekonaniu (“szmaticzku na paticzku”) na parasol mówią – “slunečník” a na deszczochron – “deštník”. Krzysztof „Kasa” Kasowski na pewno zdziwiłby się, gdyby wiedział, że jego pseudonim oznacza parasol po …japońsku. 
Niezaprzeczalną zaletą parasoli, jest ich wygląd. Ten okrągły kawałek materiału jest przecież idealnym polem do popisu dla projektantów mody. Włoski playboy Flavio Briatore, właściciel najbardziej ekskluzywnej marki świata – “Billionaire Couture”, stworzył parasol wykonany ze skóry krokodylej wart 50 000 USD. Londyńczycy skazani na częste deszcze, znajdą bardzo bogaty wybór parasoli w sklepie przy New Oxford Street – “James Smith & Sons Umbrellas”. Dla wielbicieli markowych przedmiotów są jeszcze propozycje najsłynniejszych domów mody jak Dior, Chanel czy Luis Vuitton.
Jednak, czegokolwiek byśmy na parasolu nie umieścili, włącznie z własną podobizną, wciąż jest to tylko materiał rozpięty na drutach. Jesteśmy skazani na ten nieporęczny przedmiot, chyba że lubimy zimny prysznic i olewamy parasole. Na pocieszenie może nam pozostać fragment z niezapomnianego występu Gene’a Kelly’ego w „Deszczowej piosence”… 

Zdjęcie: sylvar/Flickr


podobne treści


  • Anonim

    Bardzo miły tekst. :)

  • wer

    nie przebrnąłem..za długi i za nudny :-)

  • Anonim

    nigdy nie zostawiłem parasolu w kawiarni
    zresztą w ogóle nie używam parasoli, pozwalam by woda wsiąkała w moje włosy, przesiąkała moje ubranie, spływała po mojej twarzy, torsie, udach…
    you like it?