internetWiadomość główna

Propaganda XXI wieku

Wśród komentarzy na temat obecnej sytuacji na Krymie pojawiły się głosy, że Władimir Putin myśli w kategoriach XIX wieku, w którym interesy państwa realizowano poprzez zabezpieczanie terytorium. Możliwe, nie mam zamiaru nawet podejmować próby analizy tego, jakie procesy myślowe zachodzą właśnie w głowie prezydenta Rosji, ani co zamierza ostatecznie osiągnąć. Wiem natomiast, że sposób, w jaki chce osiągnąć on swoje cele, jak najbardziej przystaje do wieku XXI.

Avital Leibovich jest energiczną blondynką w średnim wieku. Ma męża, troje dzieci oraz stopień podpułkownika Sił Obronnych Izraela, w których kieruje jednostką „Interactive Media”, zajmującą się walką propagandową przy pomocy Internetu. Kiedy dwa lata temu z nową energią rozgorzał stary konflikt z Hamasem, to ona koordynowała zmagania Izraela o rząd dusz w sieciach społecznościowych. To właśnie podlegli jej żołnierze produkowali infografiki przedstawiające zasięg palestyńskich rakiet, tweetowali wiadomości z frontu i publikowali statystyki ofiar po stronie Izraela. W kontekście Krymu podpułkownik Leibovich nie pojawiła się przypadkiem – jest ona po prostu jedną z osób, które zajmują się wykorzystaniem potęgi social media do celów propagandowych.

Wojna medialna

Aktualny konflikt wokół Krymu wydaje się być cokolwiek surrealistyczny. Nad półwyspem latają rosyjskie śmigłowce bojowe, okręty rosyjskiej floty czarnomorskiej blokują okręty ukraińskie, nieoznakowani napastnicy w rosyjskich mundurach i z rosyjskim sprzętem, blokują bazy ukraińskiego wojska, ale wycofują się pod naporem nieuzbrojonej kolumny ukraińskich żołnierzy, która ze sztandarem i pieśnią na ustach zajmuje lotnisko. Ukraińscy marynarze, by wyrazić swój patriotyzm, ustawiają się na pokładzie okrętu wojennego w wielkie litery UA. Wszystko to dzieje się przed kamerami, a w świat idzie przekaz. Różny, w zależności od redakcji, która nad nim pracuje.

Słowo „propaganda” w kontekście trwającego właśnie kryzysu krymskiego, przeciętnemu czytelnikowi skojarzy się zapewne z tak obśmianą w polskich mediach sprawą zilustrowania przez rosyjską telewizję materiału o setkach tysięcy ukraińskich uchodźców szukających spokoju w Federacji Rosyjskiej, zdjęciem zatłoczonego przejścia granicznego z Polską. Można się pośmiać z rosyjskich dziennikarzy, ale prawda jest taka, że ta manipulacja nie była przeznaczona dla nas – Первый канал swoim zasięgiem obejmuje 98,8 procent populacji Rosji, a tego typu obrazki przygotowywane są „do użytku wewnętrznego”. Na potrzeby Zachodu przygotowuje się zupełnie inne materiały. Takie, które na przykład podnoszą kwestie tego, że zgodnie z dwustronnymi porozumieniami Rosja może utrzymywać na Krymie 25 tysięcy żołnierzy, przedstawiają „hipokryzję USA w sprawie ‚rosyjskiej agresji’ na Ukrainę” lub odsłaniają tajemnice przewrotu zorganizowanego na Ukrainie przez CIA. Ale siłę oddziaływania mass mediów wykorzystywali już dwudziestowieczni propagandziści, działania RT czy Voice of Russia nie różnią się więc szczególnie od tego, co można było obserwować w wieku XX. XXI wiek to jednak już era Internetu, a w nim Rosjanie radzą sobie bardzo dobrze.

Pomijając zdolnych hackerów, którzy pokazali próbkę swoich możliwości na Litwie, w Estonii czy ostatnio także na Ukrainie, system inwigilacji SORM i przejęcie całkowitej kontroli nad największą siecią społecznościową w kraju, Kreml dysponuje też specjalistami w dziedzinie niszczenia każdej dyskusji odbywającej się za pośrednictwem Internetu i podkopywania morale oponentów.

Martwe Dusze

Trzeba przyznać, że nie jest w tym osamotniony. Chyba najlepszym (a na pewno największym) przykładem tego typu grup jest chińska „50 cent brigade”, czyli licząca kilkaset tysięcy osób grupa wynajętych przez rząd ChRL komentatorów, których zadaniem jest publikowanie komentarzy przychylnych dla jedynej słusznej partii. Oczywiście ich potoczna nazwa nie ma nic wspólnego z amerykańskim raperem, chodzi po prostu o to, że pracują na akord, a za komentarz otrzymują podobno równowartość 50 centów. Rosja dysponuje podobnymi specjalistami, którzy powiązani są z Kremlem poprzez Młodzieżowy Demokraktyczny Antyfaszystowski Ruch „Nasi”. Dzięki analizie wykradzionej korespondencji pomiędzy ówczesną rzeczniczką ruchu Kristiną Potupchik, a jego liderem, Wasylem Jakemenko, wiadomo, że za 200 dobrych komentarzy, młodzieżówka potrafi zainkasować nawet 600 tysięcy rubli (dziś około 50 tysięcy złotych). Oczywiście żeby liczyć na takie wynagrodzenie, komentarze muszą być nie tylko przychylne Putinowi, ale także znaleźć się pod odpowiednim tekstem i mieć odpowiednią nośność. Zazwyczaj jednak Kreml za same pozytywne komentarze płaci mniej, więc zatrudniani przez grupę pracownicy idą na ilość.

Wymaga to oczywiście utrzymywania całej rzeszy internetowych „martwych dusz” istniejących jedynie w rzeczywistości Twittera, Facebooka, VKontakte i LiveJournal, ale z tym także sobie poradzono, tworząc cały zestaw fałszywych kont. Na koniec listopada 2011 roku miało być ich 16 tysięcy, a grupa miała możliwość stworzyć 300-500 nowych kont dziennie. Żeby ich konta lepiej wtapiały się w tłum otrzymywały one oczywiście własny zestaw znajomych, zainteresowania i „background”, a w niektórych przypadkach boty je obsługujące automatycznie umieszczały przygotowane wcześniej odpowiedzi na dany temat. „Nasi” płacili także dziennikarzom, blogerom i vlogerom za publikowanie treści przychylnych dla Kremla i stawiających w złym świetle rosyjską opozycję.  A to kosztuje. Według ówczesnego kursu ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie. W korespondencji z września i października 2011 znaleziono odniesienia do trzech takich wydatków.

Nie tylko „Nasi” zajmują się w Rosji tego typu propagandą. We wrześniu ubiegłego roku rosyjska Novaya Gazeta oraz portal MR7.ru opisały historię mieszkanki Sankt Petersburga, która opowiedziała o swojej rozmowie kwalifikacyjnej w jednej z firm, które profesjonalnie zajmują się trollowaniem. Jeden z dziennikarzy nawet sam złożył podanie o pracę, by potwierdzić jej słowa. I rzeczywiście, jego zadania polegać miały na pisaniu pozytywnych komentarzy na temat działań Kremla i dyskredytowaniu opozycji.

Szara propaganda

Podobno od kilku dni polski Internet zalewa fala prorosyjskich, anty-ukraińskich i anty-polskich komentarzy. Nie można oczywiście wykluczyć tego, że ich autorami są sfrustrowani Polacy, ale biorąc pod uwagę powyższe fakty, oraz to, że komentarze te współgrają z interesami Moskwy, bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że stoją za nimi właśnie ludzie wynajęci przez Kreml.

Pojedynczy komentarz nie ma żadnego wpływu na polską opinię publiczną. Ale ich zalew sprawia, że jakakolwiek dyskusja zostaje pozbawiona sensu. Dodatkowo atomizują one użytkowników, tworząc iluzję tego, że większość Polaków popiera działania Putina. A skoro większość popiera, to lepiej się nie wychylać z „niepopularną” tezą. W końcu „wszyscy Ukraińcy to banderowcy”.

Podpułkownik Leibovich wykorzystuje możliwości, jakie daje jej Internet, do szerzenia białej propagandy. Ona nie ukrywa tego, że stara się przedstawić punkt widzenia Izraela. Rosyjscy internetowi specjaliści zajmują się propagandą szarą – nie nosi ona podpisu i każe odbiorcom zgadywać, kto jest jej inicjatorem. Zestaw dostępnych narzędzi dopełnia czarna propaganda, w której efekt psychologiczny osiągany jest dzięki podszywaniu się pod kogoś innego. Żeby wygrać medialną wojnę o rację w sprawie Ukrainy, stosowane będą wszelkie dostępne narzędzia. Zwłaszcza w Internecie, który jest kolejnym medium, po które sięgają specjaliści od propagandy i dezinformacji.

Zdjęcie: Flickr/Nickolas Titkov

P.S. Jeśli zainteresował Cię temat propagandy i dezinformacji, polecam na początek sięgnąć po książki Stanleya Newcourta-Nowodworskiego i Vladimira Volkoffa.


podobne treści