internet

Prestiżowy chiński uniwersytet zamieszany w sprawę jednostki 61398

Widmo krąży nad stosunkami USA-Chiny – widmo cyberataków. Wszystkie potęgi włączyły się oficjalnie do świętej nagonki przeciw temu widmu: NATO i USA, Obama i Xi Jinping, francuscy radykałowie i niemieccy policjanci. Ale, odkładając parafrazy na bok, sprawa chińskich wojskowych hackerów staje się coraz ciekawsza. Ot, niedawno Reuters wyśledził powiązania pomiędzy słynną jednostką 61398 a Uniwersytetem Jiao Tong ‚w Szanghaju, jedną z najbardziej prestiżowych chińskich uczelni.

W sumie ma to sens, w końcu hackerzy nie rodzą się na kamieniu. Ale w tym wypadku nie o rekrutację chodzi, tylko o wspólną pracę nad artykułami naukowymi na temat zabezpieczania sieci informatycznych oraz wykrywania intruzów.

Dowodzi to tego, że najlepsi chińscy inżynierowie informatycy doskonale znają się z żołnierzami z jednostki 61398 Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Niby nic takiego, ale jednak stoi to w jaskrawej sprzeczności z podejściem naukowców akademickich z krajów Zachodu, którzy raczej niechętnie (przynajmniej oficjalnie) współpracują z jednostkami szpiegowskimi.

Dowody na powiązanie pomiędzy pracownikami naukowymi chińskiego uniwersytetu a żołnierzami zajmującymi się przeprowadzaniem cyberataków co prawda istnieją, ale nie ma dowodów na to, że pracownicy naukowi brali udział w jakimkolwiek ataku, który został zainicjowany przy Datong Road. Niemniej, jak podkreślają specjaliści wypytani na tę okoliczność przez agencję Reutera, praca nad systemami obronnymi może pomóc podczas planowania własnych cyberataków.

Tymczasem Barack Obama, podczas rozmowy telefonicznej z prezydentem ChRL Xi Jinpingiem, zdążył już nawet „wyrazić zaniepokojenie” chińskimi cyberatakami. Chiny z kolei zaprzeczają jakoby miały cokolwiek wspólnego z atakami na amerykańskie instytucje czy firmy i twierdzą, że to one tak naprawdę są ofiarą amerykańskich cyberataków.

A w międzyczasie NATO uznało hackerów za kombatantów (w rozumieniu Konwencji Genewskich, a nie że wydano im legitymacje ZBoWiDu).

Przypuszczam jednak, że w przypadku Chin „instrukcje z Tallinu” nie będą obowiązywać. W końcu są to tylko wytyczne a nie ściśle określony kodeks postępowania.


podobne treści