internetWiadomość głównawtf

Mostek jak na USS Enterprise oraz inne dziwactwa szefa NSA

Kiedy czyta się doniesienia na temat amerykańskiego programu inwigilacji Internetu, włosy czasem stają dęba. Nic dziwnego – środki zaangażowane przez USA do tego celu, oraz możliwości zbierania i analizy informacji przez NSA, potrafią oszołomić. Ale to jeszcze nic. Usiądźcie wygodnie i poznajcie lepiej szefa tej agencji – generała Keitha Alexandera.

Generał Keith Alexander, aktualny dyrektor NSA, chciałby prawdopodobnie, by zapamiętano go jako miłośnika nowych technologii i fajnego gościa, który jeździ na konferencje dla hackerów i opowiada zgrabne historyjki o działaniach kierowanej przez siebie instytucji.

I tak zapewne zostałby zapamiętany, gdyby nie Edward Snowden, który zapoczątkował lawinę przecieków na temat działalności samej NSA oraz możliwości amerykańskiego wywiadu w ogóle. Skoro rząd USA wydaje 52,6 miliarda dolarów na wywiad, nic dziwnego, że dziennikarze zaczynają węszyć koło tego tematu. Tak też postąpił zespół Foreign Policy, który przyjrzał się człowiekowi, który kieruje NSA od roku 2005, i który w dużej części odpowiedzialny jest za dzisiejsze możliwości agencji. To czego się dowiedzieli, wydaje się być równie ciekawe jak sam program inwigilacji prowadzony przez USA.

Generał Keith Alexander urodził się w 2 grudnia 1951 roku w Syracuse w stanie Nowy Jork a w dzieciństwie roznosił gazety. Ale tego możecie się dowiedzieć z Wikipedii. Nie dowiecie się z niej natomiast tego, w jaki sposób obecny szef NSA lubi pracować. A lubi robić to z pompą.

Zanim generał objął dowództwo nad NSA, był szefem amerykańskiego Army Intelligence and Security Command. Foreign Policy znalazło ludzi, którzy mieli okazję z nim wtedy współpracować. Okazuje się na przykład, że najsłynniejszy obecnie szpieg świata, jest fanem Star Treka:

„Kiedy Alexander szefował Army Intelligence and Security Command, sprowadzał wielu przyszłych sojuszników do Fort Belvoir by oprowadzać ich po swoim centrum operacyjnym znanym jako Information Dominance Center. Zostało ono zbudowane przez scenografa z Hollywood w taki sposób, by wyglądało jak mostek USS Enterprise ze Star Treka, łącznie z panelami, stacjami roboczymi, ogromnym monitorem i rozsuwanymi drzwiami wydającymi charakterystyczny dźwięk za każdym razem gdy się otwierały lub zamykały. Politycy oraz ważni urzędnicy po kolei siadali na skórzanym „fotelu kapitana” oglądając jak Alexander, fan filmów science-fiction, prezentuje na największym ekranie swoje narzędzia do zbierania danych.”

„Każdy choć raz chciał siąść na fotelu i poczuć się jak Jean-Luc Picard,” twierdzi były oficer zajmujący się w Fort Belivoir obsługą gości VIP.

Przy takim wystroju biura, zegarki i fotele naszych polityków rzeczywiście wydają się być nic nieznaczącym dodatkiem. Niestety, nie wiadomo na podstawie jakiego serialu Alexander kazał zbudować War Room w NSA.

No, ale przynajmniej w takich warunkach przyjemnie się pracuje, co musi przekładać się na same sukcesy. Okazuje się, że niekoniecznie. Jeden z byłych oficerów NSA wspomina, że fascynacja ideą „big data”, jaką przejawia jego były szef, niekoniecznie musi prowadzić do „big results”:

„Miał te swoje diagramy, na których widać było, że jeden facet powiązany jest z drugim, który z kolei powiązany jest z trzecim. Razem z kilkoma kolegami byłem do tego sceptycznie nastawiony. Później mieliśmy szanse przejrzeć dane. Okazało się, że jedynym powiązaniem między tymi ludźmi było to, że kupowali pizzę w jednym miejscu.”

Podobnie jest w przypadku poszukiwań terrorystów. Jedna z przepytanych przez Foreign Policy osób wspomina, że Alexander sporządził kiedyś wykres powiązań pomiędzy wszystkimi terrorystami w Afganistanie. Kiedy analitycy przebili się przez te dane okazało się, że nie ma żadnych dowodów na to, że zidentyfikowani przez szefa NSA ludzie są terrorystami. A poza tym jedna czwarta z nich i tak już nie żyła.

Jakby tego było mało, Alexander ciągnie za sobą własnego „szalonego naukowca”. Nie ciągnie go dosłownie (choć w sumie to też by mnie już nie zdziwiło), po prostu lubi mieć go od ręką, więc załatwia mu pracę w kierowanych przez siebie instytucjach. Człowiek ten nazywa się James Heath, a rozmówcy Foreign Policy rzeczywiście opisują go jako „szalonego naukowca” oraz „złego geniusza”. Opatrzyli go także takimi epitetami jak „przebiegły”, „szalony” czy „niebezpieczny”. Zadaniem Heatha jest wprowadzanie w życie najbardziej ambitnych pomysłów szefa NSA.

Po publikacji Foreign Policy na temat szefa NSA można odnieść wrażenie, że generał Keith Alexander to właściwie podstarzały geek, który dostał bardzo dużo pieniędzy do wydania na gadżety no i przesadził. I to jeszcze w sposób, jaki powinien go skompromitować jako, bądź co bądź, przedstawiciela administracji państwowej USA. Zabawne, prawda?

Pośmialiśmy się, a teraz proszę sobie przypomnieć, że człowiek ten nadal kieruje instytucją, która może prześwietlić cyfrowe życie każdego z nas na wylot. Już jakoś nie jest mi do śmiechu…


podobne treści