news

Moc ich opuściła – recenzja The Force Unleashed 2 (Xbox 360)

Gry ze świata Gwiezdnych Wojen mają zazwyczaj pecha. Większość z nich jest zwyczajnie kiepska. Ostatnio, wyjątek stanowi zabawna seria LEGO, ale ile można rozwalać różne konstrukcje z klocków? W The Force Unleashed 2 demolka jest gigantyczna a trup ściele się gęsto, lecz paradoksalnie, moc jest w niej dużo słabsza.

Pomysł na The Force Unleashed był bardzo prosty. Spotęgujmy moc i połączmy to z świetnym systemem animacji oraz fizyki, tak aby dało się efektownie zniszczyć przedstawiony świat. Ta idea wypaliła, ale tylko w pewnym stopniu. Pierwsza część była niezłym średniakiem w którym wiele rzeczy nie działało tak jak trzeba. Dwójka miała to naprawić, ale niestety – niewiele się w niej zmieniło, a nawet jeśli – nie wyszło to grze na dobre. 

Grzech pierwszy – scenariusz. Ogólnie rzecz biorąc, przedstawiona historia, choć bardzo, bardzo krótka, może się podobać. Ilustrują ją świetne, prerenderowane przerywniki filmowe, które prezentują się ładnie i dodatkowo w miły sposób przypominają, jak dawniej prowadzona była narracja w większości gier. Niestety, jest jedno, zasadnicze „ale”. Jeśli nie graliście w część pierwszą, przez większość zabawy będziecie czuli się jak w kiepskiej, brazylijskiej telenoweli. Wszystko przez to, że jest to ciąg dalszy wydarzeń z jedynki, a w grze występuje tylko jedna postać dobrze znana z filmów – Darth Vader (Leia pojawia się tylko na kilka sekund).

#!#photo2#!#

Grzech drugi – monotonia. Muszę to przyznać, TFU2 jest nudne jak flaki z olejem. W oczy razi straszna powtarzalność wszelkich elementów tej produkcji. Dla przykładu: animacje powiązane z QTE służącymi wykończeniu jakiegoś większego przeciwnika, są zawsze takie same. Jeśli doda się do tego fakt, że produkcja nie rozpieszcza różnorodnością adwersarzy, okazuje się, że przez całą grę wciąż oglądamy te same scenki. Level design też nie należy do udanych, a największym osiągnięciem projektantów jest rebeliancki statek, który wygląda jak dzieło losowego generatora lochów lub nieudana budowla z MineCrafta. Gdy pod koniec zabawy musiałem wrócić na Kamino, czułem jakby ktoś znów ciągnął mnie do tego samego, szaroburego piekła.

Grzech trzeci – brak grywalności. W drugim The Force Unleashed, podobnie z resztą jak w jedynce, brakuje czegoś, co można nazwać „fun factor”. Owszem, mamy wiele mocy (w tym nowy, całkiem zabawny „mind trick”), ale nie wpływają one na rozrywkę dłużej, niż przez 30 minut. Później, ze względu na bezczelne podrasowanie umiejętności głównego bohater, wszystko staje się dość… nudne. Kuleje też walka na miecze świetlne, która nie jest nawet w połowie tak grywalna, jak w serii Jedi Knight. Jest wiele kombinacji, ale w praktyce każda bitwa sprowadza się do bezmyślnego masakrowania pada i używania chwytów, które zabijają na miejscu, lub skutecznie osłabiają każdego oponenta.

#!#photo3#!#

Jedynym aspektem TFU2, który mogę z czystym sumieniem pochwalić, jest oprawa audiowizualna. Sequel nie wprowadza żadnej rewolucji, ale trzeba przyznać, że kilka statycznych widoków potrafi złapać za serce, szczególnie na Cato Neimoidii. Przygrywająca w tle muzyka jak zwykle wywołuje sentyment, a wszelkie dźwięki trzymają najwyższy poziom. Do tego przyzwyczaiło mnie większość gier z uniwersum Star Wars i w tym przypadku nie jest inaczej.  

Gdy pytają mnie, czy kupić Star Wars: The Force Unleashed 2, odpowiadam: nie. Jeśli macie nieodzowną chęć spróbowania gry akcji ze świata Gwiezdnych Wojen, a nienawidzicie klocków LEGO, istnieją dwa rozwiązania. Możecie ściągnąć demo TFU lub TFU2, które pokazują to, co najlepsze a nie irytują tak jak pełne wersje lub zakupić ze STEAMa wciąż grywalną produkcję, jaką jest Jedi Knight: Jedi Academy.

podobne treści