styl życia

Jak zostać internetowym milionerem?

 

Czy istnieje w ogóle lepsze życie? Założyć firmę wartą grube miliony, sprzedać ją za miliony jeszcze grubsze w nadmuchanej internetowej bańce i to przed trzydziestką, a potem żyć wygodnie do końca świata jako rentier? Nie, nie istnieje.

1. Pomysł

To jest właśnie ten pierwszy krok, od którego, zgodnie ze słowami Konfucjusza, zaczyna się nawet najdłuższa podróż. Oczywiście można pójść ścieżką bardziej wyboistą i spróbować wymyślić coś oryginalnego. Ale nie oszukujmy się, w czasach kiedy internet nie jest już dobrem reglamentowanym, każdy próbuje uszczknąć sobie kawałek z tego tortu dla siebie. I wymyślenie czegoś, czego jeszcze nie było, graniczy z niemożliwością. Zwłaszcza w świecie, w którym istnieją już nawet witryny dla samotnych rednecków. Niektóre z tych idei po prostu nie trafiły w swój czas, zawsze można spróbować je po prostu odświeżyć, a potem z zarobionych stosów banknotów odpalić najwyżej działkę oryginalnym pomysłodawcom.

Istnieje oczywiście także ścieżka łatwiejsza, zwłaszcza w naszym kraju, który świeżością startupowych pomysłów z reguły nie grzeszy. Tak jakby to w ogóle był grzech. Wystarczy skopiować jakiś pomysł z Zachodu. Amerykanie mają Friendstera i Facebooka? My zróbmy Naszą-Klasę. Mamy już Naszą-Klasę? Zróbmy Naszą-Celę, Naszą-Chorobę etc. etc. Jak u imperialistów powstaje Groupon, my zróbmy swoje Happy Daye i tym podobne. Wprawdzie w ten sposób nie zostaniemy miliarderami dolarowymi podziwianymi przez cały świat, a zaledwie milionerami złotówkowymi, ale na naszym skromnym podwórku i tak osiągniemy niemały sukces. Będziemy udzielać wywiadów, zaczną się też autografy, wizyty w zakładach pracy oraz robienie za guru od nowych technologii i zarabiania w sieci. Proste? Proste.

2. Szczęście

Nigdy nie wiadomo, co chwyci w internecie. Gdyby to było tak łatwe do przewidzenia, to specjalne badania zamówione u specjalnych ludzi przez specjalnie bogate korporacje byłyby w stanie jednoznacznie stwierdzić, co podbije umysły i serca internautów w kolejnych 12 miesiącach. I wtedy te korporacje bogaciłyby się w takim tempie, że ”Forbes” nie nadążałby z umieszczaniem ich głównych akcjonariuszy i członków zarządów na liście najbogatszych osób na świecie. A tak się nie dzieje. Niestety dla wszystkich początkujących internetowych przedsiębiorców – szansa na to, że wasz pomysł chwyci i to chwyci tak, żeby zrobić z was milionerów, są niemal takie same jak to, że wygracie siedmiocyfrową kwotę w Dużym Lotku. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie, co wymaga więcej pracy.

3. Znajdźcie frajera

Każdy, nawet najporządniejszy internetowy biznes jest początkowo kompletnie niedochodowy. A dowożona do siedziby pizza, szybkie łącza, sprzęt, hosting… To wszystko kosztuje. Dlatego należy znaleźć człowieka gotowego zainwestować w nasz pomysł, gotowego na zastrzyk finansowy, który byłby w stanie umożliwić przetrwanie nam pierwszego, trudnego okresu. Który do tego nie wiadomo, kiedy się skończy. Może nigdy? Człowiek ten, bądź grupa ludzi, raczej pochodzić będzie z zagranicy. Nasi rodzimi krezusi niechętnie rozdają pieniądze, a już zwłaszcza młodym zdolnym, którzy mogliby ich wygryźć. Do tego wciąż krzywo patrzą na nowe technologie, nie rozumiejąc ich z reguły kompletnie. Najchętniej skropiliby technologicznego Szatana wodą święconą i wysłali z powrotem do piekła, z którego przyszedł.

4. Znajdźcie jeszcze więcej frajerów

Jeden inwestor może nie wystarczyć, poza tym lepiej nie uzależniać się od jednego człowieka, na którego krótkiej finansowej smyczy będziecie później zmuszeni chodzić. ”Więcej frajerów” oznacza także pracowników. Możecie oczywiście spróbować robić wszystko sami, ale to skończy się bezsennymi trzema miesiącami, a na samym końcu zawałem lub wylewem. Pracownicy muszą być twardzi zwłaszcza we wspomnianym już trudnym początkowym okresie działania firmy i, najczęściej, obywać się w tym czasie bez wynagrodzenia, najadając zaledwie wizją przyszłych profitów. Najlepiej jeśli będą to nasi koledzy, jadący na red bullach oraz czystym entuzjazmie, którym ich zarazimy, albo studenci, którzy i tak nie muszą jeść i ucieszą się samą możliwością zrobienia wreszcie czegoś innego niż chodzenie na imprezy.

5. Skapitalizuj swoje udziały tak szybko jak to możliwe

Jeśli przebrniesz przez pierwsze cztery etapy – brawo, oznacza to, że osiągnąłeś sukces. Ludzie są zachwyceni twoim pomysłem, branża cię chwali, czeka cię niemal wieczna chwała. Nagle dowiadujesz się też o sobie, że jesteś wart jakieś niemożliwe do wyobrażenia kwoty. Sprzedawaj firmę! Sprzedawaj udziały! Internet jest kapryśny i istnieje duża szansa, że twój pomysł znudzi się użytkownikom szybciej niż ty zdążysz się nacieszyć swoim sukcesem. Nie wiadomo też, czy twoje ”dziecko”, zupełnie tak jak Twitter, kiedykolwiek zacznie na siebie zarabiać. Sprzedawaj póki jeszcze możesz to opchnąć komuś za sensowną sumę i u szczytu chwały. Udało ci się? To teraz ciesz się życiem!


podobne treści