biznesinternet

Jak zepsuć każdy, nawet najlepiej zapowiadający się startup?

W dzisiejszym świecie nie jest problemem zostać internetowym potentatem. Sporą sztuką jest za to mieć świetny pomysł na sieciowy biznes i go zepsuć w rzeczywistości, w której milionerami zostają założyciele internetowych sklepów z goglami dla psów. Ale i tak zdarza się to nadzwyczaj często z wielu różnych powodów.

Żeby wszystko poszło nie tak, należy przede wszystkim trzymać się kilku niezwykle prostych zasad:

1. W wersji pesymistycznej: brak jakiegokolwiek biznesplanu. W wersji optymistycznej: beznadziejny biznesplan. Świat w ostatnich i nie tylko ostatnich latach widział już całe mnóstwo dotcomów, w których utopiono naprawdę grube miliony, tylko dlatego, że nikomu nie chciało się wcześniej na papierze udowadniać, czy całe przedsięwzięcie ma w ogóle sens z biznesowego punktu widzenia. Poza tym często magicy z Doliny Krzemowej lub z jakiegokolwiek innego miejsca, a tylko aspirujący do bycia magikami akurat z Doliny Krzemowej uważają, że strategia biznesowa to coś wyłącznie dla sztywniaków w garniturach, a nie takich ”wizjonerów” jakimi oni sami są. Wciąż żyją undergroundowym etosem lat 70., kiedy to prezesi firm technologicznych mieli długie włosy, chodzili w poplamionych dziurawych dżinsach i nie przejmowali się za bardzo rynkiem. Jeden powód był taki, że często byli na to zbyt odurzeni. Drugi, że nawet za bardzo nie wiedzieli, czym ten mistyczny ”rynek” jest, a za punkt oparcia jeśli chodzi o prowadzenie spółki wystarczała im ich wizja. Niestety (a może stety) to już jednak nie te czasy.

2. Marnotrawienie pieniędzy. Ludzie zakładający popularne serwisy wierzą, że już za chwilę, już za moment na głowy spadną im tabuny inwestorów z portfelami pełnymi miliardów. Często zresztą tak się dzieje. I w tym oczekiwaniu na finansowy cud tak im mija czas. Czas wypełniony bezsensownymi wydatkami, ekstrawaganckim urządzaniem biur, wydawaniem przyjęć zwiastujących otwarcie czy mających być świętem z okazji pierwszego miesiąca działalności serwisu… A gdy ojcowie-założyciele budzą się pewnego dnia i widzą, że inwestorów jak nie było, tak nie ma, orientują się nagle, że toną w długach.

3. Złe zarządzanie ludźmi. Początkujące dotcomy zatrudniają dziesiątki ”internetowych guru” pobierających horendalne pieniądze za enigmatyczne rady dotyczące ”wspaniałej przyszłości”, ”innowacyjności”, ”ducha firmy” i tak dalej. Ściągają najlepszych programistów, znacznie ich przepłacając. Ich twórcy sami stają często na czele firmy, a często to ludzie kreatywni i z wizją, ale nie posiadający za to absolutnie żadnych talentów menedżerskich, ani w kierunku zarządzania pracownikami. Na których ktoś od czasu do czasu musi się po prostu porządnie wydrzeć.

4. Zła promocja. Jasne, marketing szeptany z niejednego garażowego projektu uczynił już prawdziwego giganta. Ale czasem po prostu nie wystarcza. A reklama to akurat coś w co warto przyinwestować, zadbać o pozycjonowanie, ogłosić światu istnienie serwisu…. Często jednak szefowie startupów zapominają o tak prozaicznych rzeczach, koncentrując się na ”innowacyjności” oraz tym podobnych słowach-kluczach.

5. Niefunkcjonalność. Rzeczona już innowacyjność innowacyjnością, ale kiedy użytkownik nie może się odnaleźć w serwisie, ani nie wie w co kliknąć, szybko się znięcheci. A ta kwestia też jest niezmiernie często pomijana.

6. Brak poświęcenia. Niektórzy marzyciele wierzą, że wielkie pieniądze leżą na ulicy. Jeszcze inni, że w internecie. Ci drudzy zdecydowanie częściej mają rację niż ci pierwsi. Jednak wbrew temu, co myśli część osób wchodzących w internetowy biznes, nie wystarczy tylko mieć pomysł, a potem już czekać na deszcz dolarów. Trzeba swojemu projektowi poświęcić mnóstwo czasu i energii, a nie próbować realizować go z doskoku i w wolnej chwili. A potem zniechęcić się przy braku sukcesów przez pierwsze dwa miesiące, porzucić całe przedsięwzięcie i wrócić do grania w ”Diablo III”.


podobne treści