internet

Jak za pomocą Google Earth i FB udowodniono zaangażowanie Rosji na Ukrainie

Choć Władymir Putin konsekwentnie twierdzi, że nie ma żadnego wpływu na prorosyjskich separatystów, którzy opanowali sporą część Donbasu, okazuje się, że można ten związek udowodnić. I nawet nie potrzeba do tego danych wywiadowczych, wystarczy posłużyć się danymi, jakie każdy może znaleźć w Internecie.

Specjalizująca się w analizie obrazu grupa dziennikarzy śledczych o nazwie Bellingcat, której przewodzi bloger Eliot Higgins, postanowiła przyjrzeć się bliżej atakom rakietowym na terytorium Ukrainy, jakie miały miejsce w lipcu i sierpniu ubiegłego roku. Okazało się, że analiza danych dostępnych między innymi na Google Earth czy w różnych sieciach społecznościowych, potwierdza tezę o tym, że ataków tych dokonano z terytorium Rosji.

Dzięki analizie obrazu kraterów uchwyconych na zdjęciach satelitarnych Google, udało się im nie tylko wyznaczyć trajektorię pocisków, ale też odnaleźć miejsca, z których oddawano salwy. Według Bellingcat na zdjęciach satelitarnych uchwycone zostały zarówno charakterystyczne ślady po odpalaniu pocisków rakietowych, jak i ślady kół pojazdów, które sugerują, że za ostrzał odpowiedzialne były systemy rakietowe Grad lub Tornado.

To, że ostrzał prowadzony był z Rosji, potwierdza także analiza materiałów wideo, które pokazywały odpalanie rakiet, a które zostały umieszczone w tym czasie przez różnych ludzi w różnych sieciach społecznościowych. O ile zielone mundury „można przecież kupić w każdym sklepie”, prawdopodobieństwo tego, że Rosja toleruje na swoim terenie oddziały wojsk rakietowych, nad którymi nie ma kontroli, zmierza do zera.

Zdjęcie: Bellingcat


podobne treści