biznes

Jak Japończycy swoją przewagę technologiczną utracili

Były kiedyś czasy, kiedy Japonia kojarzyła się wszystkim z kwitnącą wiśnią (choć nikt tak naprawdę nie wiedział dlaczego), samurajami oraz wysoce rozwiniętą technologią. Co było japońskie, automatycznie było też dobre. Niezależnie czy chodziło o taką prehistorię jak magnetowid, walkmana czy discmana.

Teraz już tak nie jest, a prym wiodą Amerykanie. Microsoft, Apple, Google… Co się stało, że Japończycy, tak znakomici lata temu w kategorii ”hardware” w kategorii wagowej ”software & internet” leżą właśnie na deskach i są liczeni?

Japońskie korporacje dekady temu postawiły na ekscytującą nowość: elektronikę użytkową. I udało im się. Podbiły rynki całego świata idealnym połaczeniem wysokiej jakości i niskiej ceny. Dzięki temu udało im się przekształcić w prawdziwe giganty i to było właśnie ich nieszczęście. Bo jak wiemy giganty są raczej nieruchawe. Konserwatywny styl zarządzania, pełen skomplikowanych rytuałów i niezwykle sztywnej hierarchii nie sprzyjał dynamicznym zmianom, ani jakimkolwiek innowacjom, a wręcz przeciwnie. Dyrektorzy w garniturach trzymali się z niezwykłym uporem praktyk, które doprowadziły ich na szczyt: bliskich stosunków z rządem czy upierania się, że to korporacje wiedzą lepiej niż użytkownicy, czego ci drudzy potrzebują.

Aż tu nagle pojawił się internet. Rozwijający się zbyt intensywnie i dynamicznie, by tak nieruchawe kolosy mogły za nim nadążyć. Do tego dający ludziom nieograniczoną wolność wyboru, w której to właśnie użytkownik i tylko użytkownik wie, czego chce. I zdobywa to czego chce. Elementem amerykańskiej mentalności jest skłonność do ryzyka, umiejętność podejmowania szybkich decyzji i wszystko to, co sprawiło, że od dekad, a nawet kilku stuleci kraj ten żyje mitem ”od pucybuta do milionera”. W mgnieniu oka znaleźli się inwestorzy gotowi włożyć pieniądze w nowe ekscytujące firmy, takie jak Google czy Facebook, a Japończycy nagle zostali daleko w tyle. Tym bardziej, że słowo ”elektronika” nie wzbudzało już u nikogo żadnych większych emocji. Nie było też żadną nowalijką. A trząść światem technologii zaczęli nie starannie wykształceni biznesmeni w drogich garniturach od Armaniego, tylko sieciowi wizjonerzy w dziurawych dżinsach, którzy nie zamierzali wcale pokonywać z pokorą kolejnych korporacyjnych szczebli. Oni potrafili znaleźć się na samym szczycie w ciągu roku. Dla Japończyków było to (i jest) oburzające.

Japończycy bronili się tak jak umieli: ulepszając to, w czym byli dobrzy. A więc Sony Walkmany miały coraz lepszą jakość dźwięku, wieże stereo również, telewizory były coraz większe i coraz pełniejsze bajerów… A tymczasem wcale nie o to chodziło. Chodziło o to, żeby było tanio, żeby było przenośnie i bezproblemowo. Firmy z kraju kwitnącej wiśni wykończyły iPody, aparaty w telefonach, później laptopy, smartfony (w tym dwóch ostatnich kategoriach nigdy nie byli mocni). W ciągu ostatnich pięciu lat Sony straciło 72% swojej wartości, Sharp 76%, Panasonic 66%, a Nintendo procent 60. Te liczby robią wrażenie. I moim zdaniem Japonia nigdy już na pozycję lidera nie wróci. Chyba że odkryje nowy, wspaniały trend, który podbije serce świata równie mocno co internet.


podobne treści