internetportale społecznościowestyl życia

Jak dalece wyzbyliśmy się naszej prywatności i gdzie oraz kiedy postawimy wreszcie granicę?

 

Internet jest fajny. Internet daje nam możliwość dotarcia do każdej informacji na świecie. Ale nie tylko nam, także tym, z którymi nie chcielibyśmy z kolei dzielić się informacjami wypuszczanymi z kolei przez nas w świat. Tymczasem okazuje się, że w sieci jesteśmy po prostu nadzy, a nasza prywatność kurczy się jak sweter w praniu w zbyt gorącej wodzie.

Wszystko zaczęło się od tego, że w końcu specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi uznali, że żadna rozmowa kwalifikacyjna nie powie tyle o człowieku, co jego konto na serwisie społecznościowym. I mieli w tym dużo racji. Przecież na takiej rozmowie człowiek nie będzie opowiadał potencjalnym pracodawcom o tym, jak to co piątek upija się z kolegami przy partyjce pokera, albo że jest fanem Rona Jeremy`ego i Sashy Grey. Rozpoczęło się zatem globalne przeglądanie przez firmy profili osób, którymi były zainteresowane.

Czasem jednak ktoś przezorniejszy i nieco bardziej zorientowany zagłębiał się w ustawienia prywatności takiego Facebooka, ukrywając swoje przemyślenia przed niepożądanymi gośćmi. I tak, co dość paradoksalne, wkroczyliśmy w kolejny etap odkrawania po kawałku tego co prywatne, na rzecz ludzi, którzy w ogóle nie uznają takiego słowa jak właśnie ”prywatne”. Gdzieś przy całej debacie na temat diabelskich czteroliterowych skrótowców takich jak ACTA, SOPA i PIPA, które miały na celu monitorować nas jeszcze bardziej, zaczęto działać na rzecz wprowadzenia regulacji w związku z działaniem Najwyższej Izby Kontroli, dające tej instytucji uprawnienia do dostępu do naszych danych, włącznie z tak absurdalnymi jak stan zdrowia czy preferencje seksualne. Ale to jednak nie o ustawodawstwo się miało tutaj rozbijać.

Gdy rząd, czy też rządy, roszczą sobie prawo do coraz większej kontroli, to samo robią instytucje rządem ani rządami nie będące, w stosunku do danych, które sami w sieci zamieszczamy. W USA zdarzyło się już wiele przypadków, gdy w czasie rozmowy o pracę kandydat na określone stanowisko był proszony o zalogowanie się na własne konto na Facebooku, po czym pracodawca dokładnie je sobie przeglądał. Teoretycznie zawsze można powiedzieć ”nie”, ale czasem sytuacja życiowa zmusza co niektórych do kompromisów, jak bolesne i trudne do przełknięcia by one nie były.

Podania hasła żąda się na przykład od kandydatów na szeryfów w niektórych hrabstwach stanu Illinois, po czym przeszukuje się ich profile pod kątem znajomości z osobnikami potencjalnie lub po prostu niebezpiecznymi, terrorystami, członkami zorganizowanych grup przestępczych czy zapewne także tymi, którzy namiętnie grają w Mafia Wars. Ale niektórzy posuwają się jeszcze dalej. Zamiast poprosić by kandydat sam spokojnie wpisał swoje hasło, pytają o nie, po czym wprowadzają je sami. I choć już na pierwszy rzut oka i ucha widać i słychać, że to naruszenie prawa, dopiero po wypłynięciu na powierzchnię kilku takich przypadków legislatury stanowe w USA rozpoczynają prace nad odpowiednimi aktami prawnymi zakazującymi takich praktyk. Proponowane przez Demokratów zmiany w prawie federalnym poległy bowiem już w Izbie Reprezentantów, w której wynik głosowanie wyniósł 236 do 184, z tylko jednym członkiem Partii Republikańskiej głosującym za zmianami.

Oczywiście żądania hasła to nie jedyne przypadki naruszania naszej portalo-społecznościowej wolności, wielokrotnie mówiło się o ludziach, którzy przebywając na przykład na zwolnieniu lekarskim zamieszczali na Facebooku zdjęcie z hucznej imprezy, które potem stawało podstawą do ich zwolnienia z pracy. Jakkolwiek wszelkie praktyki oszukujące pracodawców są mniej lub bardziej niemoralne, tak musimy się pogodzić z tym, że istnieją tak długo, jak istnieje sam stosunek pracy. A wykorzystywanie prywatnych zdjęć czy zamieszczonych w serwisie społecznościowym opinii na jej temat do wykopania kogoś z firmy, również jest co najmniej moralnie wątpliwe.

Jeszcze inaczej, ale też boleśnie, o braku prywatności w dzisiejszym świecie przekonał się Austin Carroll, licealista ze stanu Indiana. To prawda, siedząc w domu opublikował na swoim koncie Twitterowym wpis, który bezproblemowo mógł zostać uznany za wulgarny, choć takie napisy na murach pojawiały się w Polsce i nie tylko w Polsce już całe lata świetlne temu. Przytoczę go w całości, choć raczej daruję sobie tłumaczenie. Otóż brzmiał on następująco: ”Fuck is one of the fucking words you can fucking put anywhere in a fucking sentence and still fucking makes sense”. Chłopak nieco się zdziwił, kiedy w szkole wręczono mu jego papiery i podziękowano za dotychczasową współpracę, jeszcze bardziej, gdy dotarło do niego, że to z powodu jego Twitterowego wpisu, a już w ogóle w momencie, w którym usłyszał, że szkoła przegląda Twitterowe profile swoich uczniów. Choć ciężko naprawdę orzec, dlaczego szkoła miałaby to robić, po co i czy ktokolwiek w ogóle zastanowił się nad tym, co może nieść ze sobą taka, a nie inna decyzja.

Wkraczamy zatem w piękne czasy. Czasy, w których internet z miejsca kompletnej wolności i dzielenia się nawet najbardziej kontrowersyjnymi poglądami, zaczyna się kneblować użytkowników sieci, bojących się już powoli wyrażać swoje opinie. I to nie tylko ze względu na regulacje prawne, jakie powstają, ale z powodu samodzielnych działań rozmaitych podmiotów. Naprawdę źle się dzieje.


podobne treści