gry

Gracze płacący sami za powstawanie gier

 

Kiedyś do stworzenia gry komputerowej, która wciągnęłaby całe zastępy graczy potrzebny był wyłącznie jeden maniak, wiele bezsennych nocy, mnóstwo zapału i pizzeria dowożąca na telefon. Dziś przemysł ”gierczany” to… No właśnie, prawdziwy przemysł, w którym nakłady finansowe na pojedynczy tytuł przypominają koszta wprowadzenia na rynek nowego myśliwca. Samotni wizjonerzy nie mają w tej rzeczywistości szans. A może raczej nie mieli, bo nowa idea zbierania funduszy na ich produkcje naprawdę nabiera tempa.

Tim Schafer to prawdziwa legenda, choć dziś nieco już zakurzona. Zresztą każdy kto grał kiedykolwiek w obojętnie którą część serii ”Monkey Island”, w ”Full Throttle” czy ”Grim Fandango”, zgadza się z pierwszą częścią tego stwierdzenia. Z drugą też ciężko polemizować, jako że ostatni prawdziwy hit Schafer wyprodukował lata temu. Do tego specjalizuje się on w gatunku dość niemodnym, jakim są staroświeckie przygodówki, w związku z czym jego ”Psychonauts” sprzed siedmiu lat, choć przyjęte bardzo dobrze przez krytykę i przez tych graczy, którzy ją kupili, zostało uznane za klapę. Tych wykładających na grę pieniądze było bowiem zdecydowanie za mało.

Tutaj jednak nagle dzieje się coś dziwnego. Na początku tego roku Schafer ogłasza, że potrzebuje 400 tysięcy dolarów na stworzenie nowej gry i zamieszcza projekt na Kickstarterze, serwisie umożliwiającym internautom finansowanie kreatywnych pomysłów innych ludzi. Rzeczone 400 tysięcy amerykańska legenda branży gier zbiera już w osiem godzin. Po upływie doby suma przekracza milion, a ostatecznie ponad trzy miliony dolarów. Tylko dlatego, że cały projekt firmowany jest nazwiskiem Schafera.

Ale to jeszcze nie koniec. Niewiele osób dziś pewnie pamięta grę ”Wasteland”, postapokaliptyczne RPG będące pierwowzorem ”Fallouta”. Zainspirowany wyczynem Schafera jej twórca, Brian Fargo, ogłosił na Kickstarterze, że tak, owszem, chętnie zabrałby się za tworzenie drugiej części swojego najsłynniejszego dzieła, tyle tylko, że w tym celu potrzebuje 900 tysięcy dolarów. I jemu też się to udało. Obecnie liczba osób, która wpłaciła na jego projekt przekroczyła 30 000, a sama suma sięgnęła już 1,6 miliona dolarów.

Nie samym Kickstarterem jednak ”chałupnicze” zbieranie środków na gry żyje. Nieco różni się od niego serwis WMD, który dzieli wpłacających na różne kategorie, w zależności od sumy, którą przekazali twórcom. Ci, którzy wpłacili najwięcej nie tylko moga grać we wszystkie wczesne wersje gry (wpłacający mniej tylko w te comiesięczne) zanim jeszcze ukaże się ona na rynku, mają także miejsce na własną reklamę w oficjalnej rynkowej wersji produktu oraz pewne narzędzia wpływające na proces jego tworzenia. Za pomocą WMD Slightly Mad Studios zaczęło zbierać fundusze na swoją samochodówkę o wiele mówiącym tytule ”C.A.R.S.”. Do tej pory udało im się uzyskać od graczy pół miliona euro, półtora miliona firma wnosi sama, a do skompletowania całego budżetu brakuje jeszcze równo dwóch milionów.

To wszystko może i nie jest początkiem jakiejś kosmicznej rewolucji, ale na pewno można to uznać za pewnego rodzaju powiew świeżości. W czasach, w których wielkie produkcyjne molochy wciskają nam niemal na siłę kolejne części ”Call of Duty”, windują ceny gier do niebotycznych rozmiarów, czy – żeby zarobić więcej – dzielą ”Starcrafta 2” na tak naprawdę trzy osobne gry, brakuje miejsca dla ludzi z pomysłem, uniezależnionych od stojącego ponad nimi studia, dyktującego im, co mają robić.

Tak samo jak brakuje produkowanych przez tychże ludzi z pomysłem na gryr, wnoszących coś nowego do branży, która nagle przekształciła się w miejsce nierównej rywalizacji gigantów wypuszczających znane już i uznane tytuły, a skromnych produkcji niezależnych. Dodatkowo gracze wpłacający swoje pieniądze patrzą twórcom na ręce, a ci zdają sobie z tego sprawę. Wiedzą, że muszą zdawać relację z tego, jak wydali każdego centa, na jakim etapie tworzenia znajduje się gra, co się wokół niej dzieje. Tu nie ma miejsca na niegospodarność, marnotrawstwo i wypłacanie wielkich premii prezesom koncernów. I nic, jak mniemam, nie przebije również satysfakcji gracza, który uruchamia produkt, wiedząc że przyczynił się, choćby i w niewielkim stopniu, do jego powstania.


podobne treści