gadżetysmartfonyWiadomości promowane

Google Glasses czyli dlaczego Augmented Reality trafi pod strzechy

Pierwsze koncepcyjne ujęcia Google Glasses rozbudziły całkiem spory apetyt na powszechnie dostępne Augmented Reality. Sam pomysł sprawdził się już niejednokrotnie w praktyce – w końcu wojskowi piloci od lat używają wyświetlaczy przyziernych (HUD), dzięki którym mogą uzyskać dane dotyczące zachowania się swojego samolotu czy szybko ustalić gdzie znajduje się przeciwnik. Choć pojawiały się już próby przybliżenia Augmented Reality zwykłym użytkownikom, nigdy wcześniej nie były one aż tak śmiałe jak Google Glasses.

Na początek kilka słów na temat tego czym w praktyce jest AR. Uważa się, że sam termin został wprowadzony w 1990 roku przez Thomasa Caudella, który pracował w tamtym czasie w Boeingu. Z definicji Augmented Reality (lub rzeczywistość rozszerzona, ale jakoś nie brzmi to dobrze po polsku) ma łączyć w sobie świat realny oraz rzeczywistość wirtualną. Interakcje muszą odbywać się w czasie rzeczywistym a urządzenia służące do tego powinny umożliwiać swobodę ruchu w trzech wymiarach.

W praktyce AR reprezentowana jest przez urządzenia, które można podzielić na dwa typy. Te użyteczne i te, które jakoś się nie sprawdzają i zupełnie nie przyjmują.

Do użytecznych można zaliczyć rozwiązania, które kopiują podejście znane z wojskowych HUDów. Wraz z rozwojem przeźroczystych monitorów i innych technik wizualizacji danych HUDy pojawiły się już w miejscach, w których kiedyś nie spodziewalibyśmy się ich. Dla przykładu BMW od kilku już lat montuje w samochodach E60 M5 HUD pokazujący aktualną prędkość oraz bieg. Rozwiązanie bardzo praktyczne, kierowca nie musi odrywać wzroku od drogi by sprawdzić z jaką prędkością aktualnie jedzie.

Innym przykładem praktycznego zastosowania są okulary opracowane przez Brothera o nazwie Tele Scouter, który jest już używany przez inżynierów największych japońskich korporacji. I tylko korporacje będzie w najbliższej przyszłości stać na ten konkretny sprzęt, ponieważ wyświetlacz rzutujący obraz bezpośrednio na siatkówkę oka jest dosyć drogi i energochłonny.

O aplikacjach mobilnych, które w jakiś sposób wzbogacają obraz z kamery telefonu i zmieniony wyświetlają na ekranie nie ma co się rozpisywać – może to i zabawne, ale nikomu do niczego nie potrzebne i jako takie, wcześniej czy później, wymrze.

Co innego z Google Glasses. Z przecieków i pierwszych informacji można wnioskować, że Mountain View zamierza zrealizować coś naprawdę dużego. Integracja wszystkich praktycznych i używanych na co dzień usług Google w jednym urządzeniu, które wyświetla dane w polu widzenia użytkownika jest pomysłem bardzo interesującym. Google najprawdopodobniej skupi się na przycięciu przeźroczystego ekranu do rozmiarów soczewki, dzięki czemu nie będą mieli takich problemów z zasilaniem jak Brother ze swoim laserowym wyświetlaczem na siatkówkę oka. Narzędzie do komunikacji pomiędzy okularami a telefonem z Androidem (bo to on zdaje się będzie sercem całego systemu Google Glasses) już są. Zakładając oczywiście, że okulary Google same nie będą telefonem. Do rozwiązanie pozostaje jedynie kwestia obciążenia baterii.

Pomijając już to, że będzie to wyjątkowo fajny gadżet, przykładowo podgląd mapy jest bardzo przydatnym narzędziem. I właśnie dlatego uważam, że dzięki tym dwóm czynnikom (i reklamie oczywiście) okulary Google przyjmą się na rynku. Jeśli plotki o cenie, która ma wynosić od 250 do 600 dolarów (kilka wersji?) się potwierdzą, Google może faktycznie zrewolucjonizować nasz sposób podchodzenia do telefonów.


podobne treści