portale społecznościowe

Dlaczego nie używam Facebooka?

Nie dlatego, że jest to wynalazek Szatana. Z tego powodu, że to wynalazek Szatana kompletnie niepotrzebny.

Być może dlatego, że jeszcze w czasach przedfacebookowych udało mi się utrzymać kontakt z wszystkimi, z którymi chciałem go utrzymać. Albo patrząc na to nieco inaczej, ten kontakt, który chciały utrzymać obie strony, bo be tego to się nigdy nie udaje. Dlatego portal Zuckerberga, tak samo zresztą jak Nasza-Klasa, nie sprawił, że do mojego życia powróciły dziesiątki dawnych znajomych, a raczej ludzie, z którymi – z perspektywy czasu patrząc – łączyły mnie tylko i wyłącznie z grubsza czas urodzenia oraz jego miejsce, a w niektórych przypadkach także ślepy los, który przydzielił nas do tych samych klas. Oczywiście, niektórzy uważają, że to miło spotkać się w większym szkolnym gronie, oderwać na chwilę od szarej, smętnej codzienności i poudawać, że znów jest się w liceum czy w późnej podstawówce. Co jednak zdarza się i tak dość rzadko i przez większość polega na oszukiwaniu się, że naprawdę jest super, tęskniliśmy za tymi ludźmi, ba!, niemalże nie mogliśmy bez nich żyć i kiedyś wszystko było lepsze. Faktycznie, było, ale to nie zasługa przypadkowych osobników, których los postawił na naszej drodze, a tego, że zasadniczo żywot człowieczy komplikuje się dopiero w momencie, w którym trzeba wypełnić pierwszy w życiu PIT.

Nie potrzebuję także ścigać się z nikim na liczbę znajomych. Jak to w ogóle możliwe, że ludzie, którzy nie są celebrytami, potrafią mieć ich 500 i więcej? Czy to znaczy, że całymi tygodniami nie śpią, utrzymując życie towarzyskie, które nawet Keitha Richardsa wpędziłoby do grobu już w ciągu miesiąca? Czy zapraszają na Facebooku wszystkich, z którymi chociażby raz na przykład jechali razem autobusem? Jak jest możliwe utrzymywać taką liczbę interakcji międzyludzkich? I ciekawe, czy faktycznie, gdy tych swoich ”znajomych” spotykają w tak zwanym ”realu” w ogóle się z nimi witają, czy ich wspaniała, wielka przyjaźń istnieje tylko i wyłącznie na amerykańskim portalu społecznościowym.

Nie jestem też nastolatkiem. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy telefony komórkowe dostawało się od rodziców dopiero w klasie maturalnej i potem strzegło ich jak oka w głowie, tak jakby był to skarb pokroju Bursztynowej Komnaty. Internet nie zmienił jeszcze mojego mózgu na tyle, że zapomniałem jak to jest komunikować się w realny sposób. W tym celu wystarcza mi w zupełności aparat mowy, telefon, czasem e-mail, a także piątkowe wyjście na piwo.

Nie pociągają mnie też Facebookowe rozrywki. Nie widzę żadnego sensu w rozwiązywaniu coraz to głupszych quizów, pokroju tego, która japońska kreskówka z lat 90. była dla mnie najważniejsza, jaki jest mój ulubiony owoc, czy, sam już nie wiem, którą dłoń, prawą czy lewą cenię sobie wyżej. Ostatnio boom na Zyngowe lub nie-Zyngowe gry jakby nieco zmalał, ale wciąż – kiedyś było to zaiste przerażające, gdy wszyscy musieli się nagle dowiadywać, że komuś tam brakuje deski do ukończenia stodoły, zasiał na swoim wesołym poletku rzodkiewkę czy przesunął się w górę gangsterskiej hierarchii w Mafia Wars, co wymagało od niego nieludzkiego wysiłku, wybitnych zdolności intelektualnych oraz kociego refleksu. A nie, to w zupełnie innych grach. Tutaj akurat wymagało to od niego wyłącznie umiejętności klikania myszką w odpowiednich miejscach. Szkoda czasu i życia na takie rzeczy.

Nie czuję również jakiejś dramatycznej potrzeby dzielenia się z innymi swoim życiem. Nie będę bombardował walli wszystkich, których kiedykolwiek spotkałem zdjęciami swojego nowonarodzonego dziecka, albo informacjami o tym, jak to mu się ulewa, bądź nie ulewa. Nie sądzę, żeby kogokolwiek interesowało to, czego akurat słucham, co czytam, albo czy się wyspałem. Tak samo jak nie interesuje mnie to w odniesieniu do innych. I ciągle wierzę w to, że kiedy stanie się coś naprawdę ważnego, informacja o tym dotrze do mnie tradycyjnymi kanałami (patrz akapit pierwszy i trzeci). A zauważenie, że ktoś, kogo ledwie pamiętam z przeszłości zmienił stan cywilny lub wszedł w nowy związek, albo stracił właśnie swoje ukochane zwierzątko domowe, jakoś nie jest w stanie zmienić moje życie. Ale może faktycznie to ja jestem dziwny, albo co gorsza – jestem po prostu żywym reliktem dawnych czasów, a Facebook jest tak naprawdę potrzebny ludziom jak tlen.


podobne treści