internet

Co mnie wkurza: „chwytliwe” tytuły

Są takie rzeczy na świecie, które nie dość, że nie śniły się filozofom, to jeszcze przypadkiem, solidarnie wkurzając wszystkich, zbliżają do siebie ludzi. Kiedyś, w nieco poważniejszych czasach, kimś takim byli np. Niemcy, a dziś – w dobie Internetu – śmiało można powiedzieć, że są nimi zbyt dobrze odnajdujący się w jego realiach „złodzieje kliknięć”.

Choć pewnie nie raz i nie dwa ktoś już o tym pisał (nie zauważyłem, ale być może wynika to z mojej ślepoty), to chyba jeszcze jedno podejście nikomu nie zaszkodzi (dotychczas nie miałem okazji tego zrobić, a uważam, że muszę, bo zwyczajnie mnie to denerwuje. Misja i w ogóle, sami rozumiecie). Kim są wiec przeklęci „złodzieje kliknięć”?

To wszyscy ci, którzy nadają swoim nic nie wartym wpisom lub artykułom (przewiduję, że ten fragment opatrzony moim nazwiskiem zrobi dużą furorę w komentarzach) nadzwyczaj chwytliwe tytuły, by rzesze niczego nieświadomych internautów kliknęły w prowadzące do nich odnośniki. W ten sposób, dzięki perfidnemu oszustwu – bo w sumie zamiast „chwytliwe” lepiej pasowałoby tu po prostu „kłamliwe” – nabijają sobie nienadążające z robotą liczniki odsłon, a jak wiadomo, duża ilość wejść na stronę zapewnia często olbrzymie (przynajmniej w wypadku największych graczy) wpływy z reklam. Prosty przykład. Choć pewnie nie każdy z was interesuje się sportem, co jest w zasadzie całkowicie normalne, to ci, którzy jednak fascynują się poczynaniami, na ten przykład – piłkarzy, spotykają się z tym haniebnym procederem nadzwyczaj często (wiem po sobie). Dajmy na to – trwa sezon Bundesligi. Mecz gra bardzo ostatnio popularna, dzięki kilku polskim piłkarzom, Borussia Dortmund. Tuż po zakończeniu spotkania na którymś z dużych portali pojawia się wytłuszczony news pt.: „Lewandowski znowu zmiażdżył rywali!!!”. Chcecie tego czy nie – Lewandowski kojarzy się właściwie każdemu Polakowi z piłkarzem, przez wielu nazywanym nawet następcą słynnego Zbigniewa Bońka. A już w sezonie… nie ma dla niego konkurencji. Klikam więc, będąc ciekaw w jakiż to znowu sposób „Lewy” wbił kilka goli przeciwnikom i co widzę? Że polski biegacz na 800 metrów, Marcin Lewandowski, wygrał mityng lekkoatletyczny w Koninie. Nosz #%$#%… Nie wiem, jak wy, ale ja w takich chwilach dostaję ataku wściekłej apopleksji. Albo jeszcze jeden przykład z ostatnich dni. Bardzo głośny, zresztą. Tuż po meczu z Grecją ogromną furorę w polskim internecie zrobił artykuł wp.pl o tym, że nasz wyszczekany bramkarz – Wojciech Szczęsny – złamał na treningu (z niewielką pomocą sztangi) obydwie ręce. I nie byłoby w tym nic dziwnego (w jego popularności, znaczy, bo połamany zawodnik to jednak trochę dziwaczna sytuacja), gdyby nie to, że artykuł powstał jakieś 4 lata temu, a ponowne wypłynięcie na powierzchnię zawdzięcza… Facebookowi, który umieścił go w sekcji „popularne artykuły” (nawiasem mówiąc – tylko mnie ona przeszkadza?). Ile w tym winy portalu? Szczerze mówiąc – nie wiem, trudno wyrokować, ale chyba nie trzeba być fanem teorii spiskowych, by móc pokusić się o stwierdzenie, że nie był to po prostu czysty (i bardzo opłacalny!) przypadek. 200tys wejść piechotą nie chodzi.

Co gorsza, sprawa dotyczy nie tylko sportu. Ile to już razy chciałem przeczytać jakąś ciekawą informację ze świata polityki lub mediów (wiedziony „chwytliwym” tytułem), a trafiałem na denną, 50-stronicową galerię z niecałym akapitem bezwartościowego tekstu rozbitego na każdą ze stron, przez które należało się przekopać (czego jednak nie robiłem). Czy to już przypadkiem nie podpada pod jakiś paragraf? Mogłoby. Z tytułu bycia do… bani.

Najgorsze, że chyba nic w tym temacie się nie zmieni. Oczywiście nie byłby to żaden problem – wystarczyłoby przecież poprzedzać newsy nazwami kategorii do których przynależą, by od razu, na pierwszy rzut oka było wiadomo o co właściwie chodzi (w stylu „Lekkoatletyka: Lewandowski zmasakrował rywali”). Problem w tym, że nikt tego nie zrobi. Wówczas bowiem zamiast 100tys kliknięć i iluś-tysięcy złotych wpływów z reklam, byłoby ich tak gdzieś 10, może nawet 20 razy mniej. A każdy chce zarabiać. Chłodna, zrozumiała i baaaardzo wkurzająca kalkulacja. Za każdym razem, gdy nabiorę się na tego typu sztuczkę, czuję się jakby ktoś ukradł mi kilka sekund życia – możecie się śmiać – ale gdyby tak złożyć je w jedno, byłby to solidny kawał zmarnowanego czasu.

Sami powiedzcie, jak byście się czuli gdyby news pod tytułem „Nowy MacBook Air?” skrywał pod sobą zdjęcia i opis przykładowego Acera Aspire S5? Zapewne oplulibyście mnie w komentarzach, a ja nie miałbym prawa się temu dziwić. I nie dziwiłbym się.

A jak jest z wami – was też wkurzają „chwytliwe” tytuły?


podobne treści