grynews

Call of Duty: Black Ops – Premiera i nasze wrażenia z gry

W poniedziałkowy wieczór, ekipa Gizmodo wybrała się na nocną premierę Call of Duty: Black Ops, która odbyła się w warszawskim klubie Harenda. Na miejscu były telewizja Orange Sport, płonący helikopter, dużo ludzi i jeszcze więcej pudełek z grą. Zapraszam na krótką relację z tej imprezy oraz nieco dłuższy opis wrażeń z rozgrywki. 

Tego wieczoru zaplanowane były dwie atrakcje. Pierwszą z nich był ekskluzywny pokaz gry, drugą uruchomienie sprzedaży zaraz po dwunastej. Nie ustaliliśmy, jak udała się główna prezentacja, bo na harendowym ganku znalazło się miejsce jedynie dla kilku osób. Szkoda, że organizatorzy nie przenieśli pokazu w miejsce o większej powierzchni. Natomiast kolejka, która ustawiła się do „polowego” sklepiku, udowadniała że nocna premiera była bardzo dobrym pomysłem. Przy tej okazji pochwalę się, że jako gizmodowy VIP, pierwszy tego wieczoru zakupiłem nowe Call of Duty. Choć wydaje się to śmieszne, popyt na Black Ops był bardzo duży – potwierdzają to liczne wiadomości od znajomych, które dostałem na STEAMie, gdy w nocy uruchomiłem grę. 

Teraz najważniejsze. Jakie jest Black Ops? Po prawie 24 godzinnym maratonie mogę powiedzieć, że całkiem znośne. Spodobał mi się nowy sposób narracji, ujęty w formie tajemniczego przesłuchania. Dzięki temu łatwiej utożsamić się z bohaterami tej opowieści. Sama rozgrywka jest podobna do tego, co widzieliśmy wcześniej. Irytujące są niektóre momenty, w których wyreżyserowane skrypty wręcz kłują w oczy. Przeszkadzał mi również chaos, który pojawia się podczas większych bitew – nie przypominają one prawdziwej wojny, jedynie jej namiastkę z niezliczoną ilością respawnujących się wrogów. Jeśli twórcy serii Call of Duty nie uwierzą w moc SI – niedługo nie będą w stanie pokazać nam nic ciekawego. Ostatecznie, całość ratuje całkiem strawny scenariusz.  

Powrót zombie to dobry pomysł. Tryb kooperacji dla czterech graczy, w którym masakrujemy nieumarłych nazistów, jest całkiem grywalnym dodatkiem. Niestety, nie jest to Left 4 Dead i musimy liczyć się z wieloma niedoróbkami. Najbardziej przeszkadza toporny interfejs do zapraszania znajomych – zmora pecetowców, uwiązanych do STEAMa. Poza tym, gra się dobrze a wspólna walka o przeżycie ma klimat. Jednak najciekawszą nowością jest ukryty tryb, który nazywa się Dead Ops Arcade. Wariacja na temat zręcznościowych strzelanek widzianych z góry. Mała głupota, ale niesamowicie cieszy!  

Na deser zostawiłem sobie multi, najlepszy element Black Opsa. Będzie bez zaskoczenia – to dalej ta sama, bardzo szybka, walka na krótki dystans. Cieszą jednak bardzo dobrze zaprojektowane mapy (przeciwieństwo tunelowego designu z singla) oraz nowości w postaci hazardu, zmodyfikowanego systemu klas oraz kontraktów. Dzięki temu, tryb gry wieloosobowej nabrał świeżości, której brakowało MW2.  

Aby nie było tak słodko. Black Ops cierpi na szereg dolegliwości niemowlęcych. Najgorszą z nich są bardzo duże kłopoty z optymalizacją i lagami w multi. Nie ważne jak mocny sprzęt mamy, nie ważne jak ustawimy grafikę – w większości przypadków, dalej zobaczymy denerwujący „pokaz slajdów”. Treyarch już wie o co chodzi, łatka ma pojawić się najpóźniej 11 listopada. Po niej, możecie zastanowić się nad zakupem.


podobne treści