filmrecenzja

Byliśmy na: Thor: Mroczny Świat

Młodszy brat zekranizowanego w 2011 roku Thora podbija widownie na świecie. I słusznie, bo jest lepszy. We wszystkim.

Film rozpoczyna się bardzo ładnie skonstruowaną sceną, w której widzom przedstawiony zostaje Eter; artefakt, który spowodował przebudzenie się Mrocznych Elfów, rasy, która została zmiażdżona przez ojca Odyna, Bora. Rasa ta postanowiła skorzystać z koniunkcji dziewięciu światów (naturalnie, pierwszy raz od tysięcy lat!) i zaplanować zemstę, która doprowadzi do unicestwienia wszystkiego, co żywe. Brzmi to trochę głupio, bo przy tym założeniu zginą również Mroczne Elfy, ale tak to wygląda, więc już pojawia się fundamentalna dziura w historii. Jest to jednak jedyna rzucająca się w oczy nieścisłość, a dalej jest już tylko lepiej. I szybciej.

Nie jestem wielkim fanem tworów zwanych sequelami. Bo przeważnie te pierwsze (w sumie jak w przypadku przytłaczającej większości sequelów ogólnie, nie tylko w opowiastkach o superbohaterach) fajnie opowiadają historię bohatera, skąd się wziął, przedstawia świat, wydarzenia, niczego za dużo, niczego za mało. W tym wypadku jednak cieszę się, że zdecydowałem wybrać się na ten film do kina („jedynkę” widziałem w domowym zaciszu). Obawiałem się właśnie tego, że pierwsza część, Thor, podobnie jak było z Iron Manem i Iron Manem 2, będzie lepsza, a kontynuacja będzie jedynie odcinaniem kuponów. Pomyliłem się i bardzo się z tego cieszę.

Mroczny Świat czerpie z poprzednika ważną cechę i eksploatuje ją najlepiej, jak się da, mając na uwadze, że film nosi tytuł Thor: Mroczny Świat, a nie Loki: Mroczny Świat. Tom Hiddleston robi to, co udało się Heathowi Ledgerowi w pierwszym filmie o nietoperzastym protagoniście, czyli przyćmiewa rolę głównego bohatera, który i tak gra bardzo dobrze. Już po pierwszym filmie Loki zyskał sobie tłum fanów na całym świecie, tłum przerodził się w rzeszę z momentem wejścia do kin Avengersów, a rzesza z pewnością przeobrazi się w znacznie większą grupę wielbiącą przyrodniego brata Thora. Jeśli czegoś mi w filmie brakowało to właśnie więcej Lokiego! Z pewnością wielbiący postać Hiddlestona będą żałować, że nie ma go więcej, jednak tak, jak napisałem wcześniej: film jest opowieścią o przygodach Thora, syna Odyna, więc twórcy słusznie użyli tylko tyle, ile mogli, na tyle, by chociaż w części zaspokoić wygłodniałych fanów wątpliwego bohatera, by nie zatracić głównego wątku filmu.

Nie mówię oczywiście, że Chris Hemsworth musi pogodzić się z tym, że aktorsko nie dorównuje wyczynom złośliwego ekranowego braciszka. Odtwórca głównej roli daje solidny pokaz warsztatu. Można to powiedzieć w sumie o każdym aktorze, który wystąpił w Mrocznym Świecie. Anthony Hopkins, Rene Russo, Natalie Portman. O ile ta ostatnia już nigdy chyba nie przebije roli, jaką odegrała w Czarnym Łabędziu, to Christopher Eccleston jako Malekith gra po prostu świetnie.

Mówiąc o przywódcy pradawnej rasy, nie można nie wspomnieć o fenomenalnych kostiumach i technologii, jakie na potrzeby Mrocznych Elfów powstały. Statki, maski, archaiczno-futurystyczne zbroje (Granaty grawitacyjne!) – wszystko wygląda cudownie. Podobnie rzecz ma się z efektami specjalnymi, które stoją na zdecydowanie wyższym poziomie, niż w pierwszej części. Nie powinno to dziwić, skoro filmy dzielą ponad 2 lata, a, jak wiadomo, w rozwoju technologii taki okres czasu to przepaść. Widać to w tych produkcjach doskonale. Plastikowe, często niedopracowane efekty zastąpione zostały przez fantastycznie wyglądające, dopieszczone do maksimum elementy, które trudno odróżnić, czy zostały stworzone przy pomocy komputera, czy są faktyczną, istniejącą rzeczywiście rzeczą.

Jedną z niewielu rzeczy, do której (oprócz wspomnianej na początku dziwnej dziury w scenariuszu) można się przyczepić to to, że widzowie, którzy oczekiwali kolorowej, miejscami baśniowej opowieści (jak w pierwszej części) nie dostaną drugiego takiego filmu. Tytuł nie bez powodu mówi o Mrocznym Świecie. Przedstawione wydarzenia nakręcone są ponuro, ciemno, delikatnie tajemniczo, co bardzo dobrze buduje klimat i tym samym wkomponowuje się idealnie w całość. Z tym, że właściwie dopiero kilka minut po seansie do mnie to dotarło. Bo o ile w czasie filmu, gdy udało się wczuć już w atmosferę i historię (a jest to bardzo łatwe) trochę następny aspekt filmu przeszkadzał, wybijał z rytmu: Jeśli twórcy zamierzali zrobić (czyżby wzorem Mrocznego Rycerza?) poważniejszy film o superbohaterze, to dlaczego co kilka minut pojawiał się wątek komediowy? Nie mówię, że te miejsca były słabe, denerwowały, czy były po prostu głupie, tylko pojawia się tu konflikt interesów: Albo robimy film mroczniejszy, który jest cięższy w odbiorze, albo robimy zwykłą opowieść o bohaterze, w kolorowych krainach, gdzie można się pośmiać. Potem jednak zastanowiłem się trochę głębiej i doszedłem do wniosku że ten zabieg nie był pomyłką ze strony twórców. Chcieli oni stworzyć poważny film, o cierpieniu, poświęceniu, zemście i nienawiści, a zabawne wtrącenia miały przywrócić widownię do pionu i przypomnieć, że jest to ekranizacja komiksu, fikcji, która nie ma spowodować w obserwatorze zdenerwowania, zaniepokojenia, tylko ma być dobrym kinem, ma się podobać. I stwierdziłem, że Marvelowi udało się to wręcz fantastycznie.

Thor: Mroczny Świat jest jak najbardziej filmem godnym polecenia i warto się na niego wybrać do kina. Mimo tego, czy Marvel powoli nie zaczyna tworzyć filmów, które różnią się jedynie szczegółami? Nie. Podstawą każdego filmu o superbohaterze jest protagonista, jego nemezis, wielki kryzys i jego rozwiązanie. Sprawdzony przepis. Studio pokazuje, bazując na ocenach wielkich portali, że jak najbardziej tworzy filmy, które podobają się widowniom na całym świecie, jednak pozostaje zadać pytanie: Jak długo w kinach będzie zapotrzebowanie na kolejnych zbawców świata, co chwila ratujących wszechświat przed zagładą, jak się okazuje, ze strony śmiertelnych wrogów, których jest bez liku? Druga odsłona Kapitana Ameryki z pewnością też okaże się sukcesem, podobnie będzie z Guardians of the Galaxy, ale mimo ogromnej bazy bohaterów i planów Marvela na ekranizacje do roku 2021 włącznie, pomysły się skończą. Co wtedy? Na razie studio liczy grubą kasę zdartą za film wart ich wydania, jednak widzowie w końcu stwierdzą, że superbohaterowie już ich nie kręcą. Z drugiej strony, Thor: Mroczny Świat nie wprowadza niczego nowego, ale nie tego chcą widzowie i studio to rozumie. Znacznie ulepsza sprawdzony już przepis Marvela na kasowy hit. Co z tego, że robiony dla kasy? Na prawdę warto przejść się na tą produkcję do kina. A w tempie, w jakim studio uczy się i wyciąga wnioski ze swoich produkcji pozwala sądzić, że warto zacierać ręce i rezerwować sobie czas na wyjście na sequel Kapitana Ameryki.


podobne treści