grynews

Ball Invasion na iPada to rozszerzona rzeczywistość i rykoszety w jednym

Rzeczywistość rozszerzona jest niesamowitym wynalazkiem wykorzystywanym w niestety do przesady w kolejnych aplikacjach do nawigacji w terenie i na szczęście do gier, na przykład przez Nintendo 3DS. Ball Invasion pokazuje, że również na iPadzie można się z nią dobrze bawić.

Twórcy oprogramowania z 13th lab wykorzystali wspomnianą technologię przy produkcji gry z bardzo prostymi, lecz nie banalnymi zasadami. Cała zabawa polega nie tylko na zbijaniu widocznych na ekranie tabletu kulek poprzez strzelanie w nie, lecz również odbijaniu pocisków od obiektów zarejestrowanych kamerką iPada. Dzięki temu ściany w naszych domach będą nie tylko tłem dla gry, lecz jednym z jej elementów.

Ball Invasion nie jest jednak tylko i wyłącznie grą – jest ono platformą wykorzystującą technologię SLAM (od Simultaneous Localization and Mapping), która umożliwia namierzanie swojej lokalizacji i budowanie trójwymiarowej mapy w tym samym czasie.

Programiści z 13th lab planują udostępnić swoją technologię innym osobom chcących spróbować swoich sił i dać się ponieść rozszerzonej kreatywności. [iTunes, 13th lab, GigaOm]


podobne treści


  • iforget911

    „Myślę, że jest rzeczą bardzo piękną, gdy biedacy z pokorą przyjmują swój
    los, dzieląc go z cierpieniem Chrystusa. Uważam, że świat odnosi wielkie
    korzyści z cierpienia biednych ludzi (Matka Teresa)… W pierwszej chwili miałam wrażenie, że znalazłam się w Bergen Belsen, lub innym podobnym miejscu, znanym z fotografii i filmów dokumentalnych, gdyż wszyscy pacjenci, kobiety i mężczyźni, mieli głowy ogolone do gołej skóry. Nigdzie nie było żadnych krzeseł, tylko nosze, w
    stylu tych, jakich używano podczas pierwszej wojny światowej. Na terenie
    posesji nie ma żadnego ogródka ani nawet podwórka. Nic. Zadałam sobie
    pytanie: Gdzie ja właściwie jestem? Cały dom składał się z dwóch
    pomieszczeń: w jednym tłoczy się od 50 do 60 mężczyzn, w drugim od 50
    do 60 kobiet. Ci ludzie umierają, jednak nikt się specjalnie nie troszczy, by
    zapewnić im właściwą opiekę medyczną. Nie podaje im się prawdziwych
    środków przeciwbólowych, otrzymują najwyżej aspirynę lub – jeśli maja
    szczęście – brufen lub coś podobnego. To wszystko, co się robi, by ulżyć
    cierpieniom ludzi umierających na raka lub inne groźne choroby…
    W ośrodku nie było dostatecznej liczby kroplówek. Igły do strzykawek
    były używane wielokrotnie i sama widziałam zakonnice płuczące je pod
    kranem w zimnej wodzie. Gdy zapytałam jedną z nich, dlaczego to robi,
    odpowiedziała, że chce je umyć. Powiedziałam wtedy: „Tak? Ale dlaczego
    ich nie sterylizujecie? Dlaczego nie myjecie igieł w gotowanej wodzie?
    To nie ma sensu. Zresztą nie ma na to czasu – usłyszałam w
    odpowiedzi.
    Pierwszego dnia, po pracy na oddziale żeńskim, stanęłam w progu
    pomieszczenia dla mężczyzn, gdzie czekałam na przyjaciela, który
    opiekował się umierającym chłopcem w wieku około piętnastu lat.
    Napotkałam tam amerykańską lekarkę, która powiedziała mi, że
    próbowała leczyć tego chłopca. Okazało się, że cierpiał on na stosunkowo
    niegroźną chorobę nerek, a jego stan pogorszył się tak bardzo tylko
    dlatego, że nie podano mu antybiotyków. Chłopiec potrzebował operacji.
    Amerykanka była wściekła i jednocześnie zrezygnowana, co jest typowe
    dla ludzi, którzy znajda się w takiej sytuacji. Powiedziała mi, że chłopiec
    nie pójdzie do szpitala. – Dlaczego? – spytałam – Przecież wystarczy wziąć
    taksówkę, zawieźć go do najbliższego szpitala i zażądać, by udzielono mu
    pomocy.
    One tego nie zrobią – powiedziała lekarka. – Gdyby zrobiły to dla
    jednego pacjenta, musiałyby to samo zrobić dla wszystkich.
    Ale ten dzieciak ma zaledwie 15 lat! – pomyślałam.
    Powtórzmy: Dochody osiągane przez Zgromadzenie Sióstr Misjonarek
    Miłości wystarczyłyby na wyposażenie kilku najwyższej klasy klinik w
    Bengalu. Jednak siostry nie prowadza szpitala, lecz nędzne schronisko, które z
    pewnością byłoby przedmiotem sądowej skargi i protestów, gdyby je prowadził
    lekarz. Czynią tak nie dlatego, że nie mają innego wyjścia, ale dlatego, że tak
    sobie życzy założycielka zgromadzenia. Jej celem nie jest niesienie ulgi w
    cierpieniu, lecz umocnienie kultu zbudowanego na śmierci, cierpieniu i
    podporządkowaniu. Matka Teresa (która – co warto odnotować – korzystała z
    usług kilku najlepszych i najdroższych klinik świata zachodniego, lecząc się na
    serce i inne przypadłości późnego wieku) ujawniła swoje rzeczywiste intencje w
    jednym z telewizyjnych wywiadów. W rozmowie z dziennikarzem opisywała
    umierającego w męczarniach, chorego na raka człowieka. Uśmiechając się do
    kamery, relacjonowała swoją rozmowę z nieuleczalnie chorym pacjentem:
    - Cierpisz jak Chrystus na krzyżu. To Jezus cie całuje – powiedziała, po
    czym, nie uświadamiając sobie ironii zawartej w słowach cierpiącego
    człowieka przytoczyła jego odpowiedź:
    Jeśli tak, to proszę, poproś go, żeby przestał.” Chcesz wiedzieć więcej wejdź na: http://www.ksiegarniaswit.pl/83832-misjonarska-milosc.html

  • ZLR

    Nic specjalnego, takie „gierki” to ja już dawno miałem na Noki 7650, jakieś 7-9 lat temu ;/
    Gra wykorzystywała kamerę przez którą były widoczne wirusy i trzeba było je zestrzelić.

    Jak czymś takim sie chwalić wstyd

  • Anonim

    Może teraz jeszcze jest to „biedne”, ale jest to wstęp do czegoś większego, do gier które wyjdą poza ekran i przeniosą nas na zewnątrz. Możliwości jest ogromnie dużo, założysz okulary i komputer wizualnie pokaże Ci dziury na drodze, nałoży na dziecko jaskrawą kamizelkę, przełączysz oprogramowanie i budynki zamienią się w naturalne bloki skalne, wodospady itp., a zamiast samochodów będziesz widział wielkie przebiegające zwierzęta, albo dinozaury, czy też pojazdy z gwiezdnych wojen. Krajobraz będzie zależał od Ciebie.