Wiadomości promowanewtf

Atomowe wypadki

Wypadki chodzą po ludziach. Czasem do rozpętania prawdziwego piekła brakuje bardzo niewiele. Zwłaszcza jeśli trwa właśnie Zimna Wojna a siły zbrojne obu stron konfliktu tylko czekają na najmniejszy znak, że druga strona atakuje. W takich sytuacjach gubienie bomb atomowych nie jest wskazane.

Nie żeby w innych było. Ale jak z każdą technologią, tak i z bombami atomowymi, zawsze coś może pójść „nie tak”. Amerykanom przytrafiło się to dwa razy nad własnym terytorium. O wpadkach Związku Radzieckiego prawdopodobnie po prostu jeszcze nie słyszeliśmy.

Rodzinne spotkanie

Pierwszy wypadek miał miejsce 11 marca 1958 roku kiedy bombowiec B-47E w drodze z Georgii na ćwiczenia wojskowe we Wielkiej Brytanii przypadkowo zrzucił na terytorium Południowej Karoliny 30 kilotonową bombę atomową Mark 6.

Od samego początku lotu załoga zgłaszała problemy z mechanizmem mocowania bomby w przedziale bombowym. W pewnym momencie dowódca bombowca, kapitan Bruce Kulka, postanowił sprawdzić na własne oczy w czym tkwi problem. Wybrał się więc na osobistą inspekcję i postanowił na własną rękę sprawdzić mechanizm blokowania bomby. Tyle, że nie miał o tym zielonego pojęcia. Po 12 minutach spędzonych w ciemnym przedziale bombowym na bezskutecznych poszukiwaniach zawleczki od mechanizmu zrzucającego bombę, doszedł do wniosku, że musi ona znajdować się na tym narzędziu zniszczenia. Postanowił więc wejść na bombę atomową i z bliska przyjrzeć się mechanizmowi. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że podczas wspinaczki przez przypadek chwycił za mechanizm awaryjnego zrzucania ładunku bojowego.

Bomba spadła więc ze swojego miejsca wprost na zamkniętą klapę przedziału bojowego. Kapitan Kulka zdążył jeszcze tylko przypomnieć sobie, że nie ma na sobie spadochronu i chwycić się czegoś rozpaczliwie. W tym czasie, ważąca prawie cztery tony bomba atomowa, wyłamała klapę a Kulka zaczął zsuwać się w ślad za nią. Na jego szczęście udało mu się czegoś złapać, jednak bomba atomowa leciała już w kierunku ziemi.

Prosto w kierunku posesji należącej do rodziny Waltera Gregga, którego właśnie odwiedził kuzyn. Gdyby nie to, prawdopodobnie obie córki Waltera znajdowałyby się w miejscu, w którym zazwyczaj się bawiły, czyli w lesie za domem. A właśnie tam spadła bomba atomowa zakłócając spokój rodzinnego spotkania i zamieniając miejsce radosnych zabaw w dymiący krater o średnicy 21 metrów i głębokości 10. Gdyby nie to, że ze względów bezpieczeństwa ładunek jądrowy przewożony był w innym miejscu samolotu, prawdopodobnie doszłoby do prawdziwej eksplozji atomowej, ponieważ w efekcie upadku wybuchło trzy i pół tony konwencjonalnych materiałów wybuchowych, które powinny zainicjować reakcję łańcuchową.

Na szczęście w wyniku tego wypadku nikt nie zginął, obrażenia odnieśli tylko członkowie rodziny Gregg, którzy później wywalczyli sobie odszkodowanie w wysokości 54 000 dolarów. Kapitan Kulka, którego początkowo oskarżano o sabotaż, uniknął ostatecznie odpowiedzialności za spowodowanie tego wypadku. Krater można dziś zobaczyć w Google Maps.

Sześć z siedmiu

W okolicy północy 24 stycznia 1961 roku bombowiec B-52G zgłosił dowództwu wyciek, który zauważono po przeprowadzeniu manewru tankowania w powietrzu. Wyciek był na tyle poważny, że doprowadził ostatecznie do katastrofy samolotu, który rozbił się w okolicach rolniczego miasteczka Faro w Karolinie Północnej. W katastrofie zginęło 3 z 8 członków załogi bombowca, pozostałym udało się wyskoczyć ze spadającego samolotu i opaść na spadochronach.

W odróżnieniu od incydentu z udziałem kapitana Kulki, katastrofa mogła mieć dużo poważniejsze konsekwencje. Na pokładzie znajdowały się bowiem dwie bomby termojądrowe Mark 39, które nie były przewożone w częściach. Pierwsza z nich wypadła ze spadającego samolotu i opadła na spadochronie, grzecznie wbijając się pionowo w ziemię. Druga, spadła jak cegła razem z samolotem.

I to właśnie ta druga mogła zostać przyczyną tragedii. Sekretarz Obrony USA, Robert McNamara, przyznał później, że kiedy odpowiednie służby zabezpieczyły wrak samolotu a wraz z nim bombę termojądrową, okazało się, że jeszcze zanim bomba rozbiła się o powierzchnię ziemi, przypadkowo uruchomił się mechanizm uzbrajania ładunku bojowego, który zatrzymał się na szóstym z siedmiu kroków.

Mało tego, jak wynika z dokumentów ujawnionych w 1992 roku, śledczy doszli do wniosku, że po upadku bomba rozpadła się na kilka części, z których jednej nigdy nie odnaleziono. A był to, bagatela, uran. Śledczy nie podejrzewają jednak, że ktoś go ukradł, ale raczej, że z powodu prędkości z jaką samolot uderzył o ziemię i relatywnie grząskiego gruntu na jaki spadł, zaginiony uran wbił się po prostu gdzieś w mokradła. I raczej nie ma szans żeby go tam teraz odnaleźć, ponieważ US Air Force prewencyjnie wykupiło ziemię, na której rozbił się samolot z bombą termojądrową na pokładzie i trzyma tam wartę by nikt przypadkiem tego nie wykopał.

[iO9]


podobne treści