news

Amerykańskie drony spadają częściej, niż wojskowi chcieliby przyznać

Kilka lat temu Barack Obama postanowił zażartować z ulubionego zespołu swoich córek i zapowiedział im wizytę dronów Predator, której „nie będą się spodziewać”. Jonas Brothers, choć z innych powodów, rzeczywiście już nie grają, ale to raczej US Air Force nie spodziewało się, że bojowe drony sprawiać będą im aż takie problemy.

I nie chodzi wcale o brak wyszkolonych pilotów, na który amerykańskie lotnictwo narzeka już od dłuższego czasu. Jak donosi The Washington Post, flotę amerykańskich bezzałogowców trapią usterki techniczne, które w ubiegłym roku spowodowały znaczący wzrost wypadków z udziałem tych maszyn. Co gorsza, nie chodzi jedynie o drony MQ-1 Predator, które w opinii anonimowych wyższych oficerów US Air Force, przytoczonej przez waszyngtoński dziennik, były „eksperymentalnymi samolotami, które znalazły się nagle w strefach działań wojennych (…) i i tak wytrzymały znacznie dłużej niż zakładano”. Problemy dotyczą bowiem również dronów MQ-9 Reaper, które od początku budowane były z myślą o działaniach zbrojnych.

Według dokumentów, do których dotarł amerykański dziennik, ilość wypadków z udziałem amerykańskich dronów w ubiegłym roku prawie podwoiła się w stosunku do roku 2014. Łącznie amerykańskie siły zbrojne straciły bowiem z tego powodu dwadzieścia cztery maszyny. Czyli mniej więcej jedną co dwa tygodnie. Z tej liczby jedynie dziesięć wypadków dotyczyło Predatorów, ale amerykańskie dowództwo akurat tymi stratami nie wydaje się być szczególnie zaniepokojone, zwłaszcza, że i tak planuje się zastąpienie ich nowszymi dronami MQ-9 Reaper. Gorzej, że właśnie te maszyny, dużo droższe, bo kosztujące 14 milionów dolarów za sztukę, ulegały wypadkom w pozostałych przypadkach. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie do końca wiadomo dlaczego.

The Washington Post podaje co prawda, że wojskowi śledczy doszli do wniosku, że za wypadki tych dronów odpowiadają „usterki elektryczne”, a w szczególności wadliwe generatory elektryczne, ale na razie nie udało im się zidentyfikować ani konkretnych przyczyn tych awarii, ani zaproponować rozwiązania. Po wyłączeniu się generatora systemy MQ-9 Reaper przełączają się na zasilanie zapewniane przez wewnętrzny akumulator, który zapewnia jednak tylko godzinę pracy. Jeśli w tym czasie pilot nie znajdzie odpowiedniego miejsca do lądowania, Reaper spada. A wraz z nim całe przenoszone przez niego uzbrojenie. Jak ujął to pułkownik Brandon Baker, szef programu bezzałogowców US Air Force:

„Kiedy wyczerpie się bateria, samolot głupieje i tracimy go. Szczerze mówiąc nie zidentyfikowaliśmy jeszcze głównej przyczyny problemu.”

W takich przypadkach, by uniknąć strat w ludziach, pilot nie ma większego wyboru niż skierować maszynę nad niezamieszkały teren i rozbić ją tam. Na szczęście na razie nikt nie zginął w tego rodzaju katastrofie, ale nie zawsze tak być musi.

Sytuacja, a w szczególności fakt, że na razie nie znaleziono rozwiązania problemu, jest trochę kompromitująca dla US Air Force. Nie dziwi więc, że amerykańskie lotnictwo nie kwapi się do podawania do publicznej wiadomości informacji o tych wypadkach. Pomimo tego, że amerykański Departament Obrony ma informować o wszystkich poważnych wypadkach z udziałem samolotów, amerykańscy wojskowi sami publicznie przyznali się w ubiegłym roku do straty tylko połowy dronów. W pięciu innych przypadkach potwierdzili stratę dopiero kiedy zdjęcia rozbitych maszyn pojawiły się w sieciach społecznościowych.

Tymczasem, po trwających rok konsultacjach z producentami poszczególnych podzespołów, US Air Force, choć nadal nie wie co dokładnie powoduje problem, postanowiło wdrożyć plan naprawczy i zainstalować w swoich Reaperach dodatkowe generatory elektryczne. Według pułkownika Bakera, już 47 maszyn zostało wyposażonych w to prowizoryczne rozwiązanie. Do tej pory generatory te włączyły się już w siedemnastu przypadkach, zapobiegając siedemnastu kolejnym katastrofom.

Zdjęcie: Wikipedia


podobne treści