news

666 MHz: Mała rewolucja 3D

Trójwymiar na dobre zagościł pod strzechami, w kinach, na okładkach, billboardach i w lodówkach. Boję się już wychodzić z domu, bo wszędzie widzę wciąż to samo, magiczne „3D”. W zasadzie wszystko, co jeszcze się uchowało i pozostało w staromodnych dwóch wymiarach, jest już passé. Zapewne ciężko znoszą to fani książek oraz komiksów, ale jestem pewien, że za kilka chwil na rynku ukaże się specjalna przystawka do Kindle’a oraz iPada, która zamieni nudnego Times New Romana w niesamowite, przestrzenne widowisko. Niestety, takie są realia – przyszło nam żyć w sztucznym, wypukłym świecie.
Kiedyś było lżej i lepiej. Przereklamowane 3D wkroczyło w świat filmu i zagościło w opływających tandetą kinach z lat 80. Wtedy wszystko kręciło się wokół okularów o zielono-czerwonych soczewkach oraz prostackich efektów specjalnych. Kilka budzących uśmiech renderów połączonych z wypranym z kolorów, rozmytym obrazem, tworzyło niezapomniane wrażenie głębi. W naszym pięknym, nadwiślańskim kraju też mieliśmy wątpliwą przyjemność doświadczenia tego czaru przestrzenności. Pod koniec XX wieku zachłysnęliśmy się gadżetami z zachodu. Jednym z nich były tekturowe okularki 3D. Taki wynalazek dodawany był nie tylko do specjalnych numerów Kaczora Donalda, w pogoni za trójwymiarem uczestniczyli również dorośli. Doskonale pamiętam, jak po długiej i irytującej kampanii reklamowej Polsat wyemitował legendarne Szczęki 3, czyli Jaws 3-D. Delektowanie się kiepskim, czarno-białym obrazem w kiczowatych, kolorowych binoklach – niezapomniane wspomnienia.
#!#photo2#!#
Szeroko pojęte 3D siedziało sobie w swojej małej niszy bardzo długi czas. Nawet nowoczesne wynalazki, takie jak IMAX, niewiele zmieniły. Kinowe wypukłości były jak krasnale ogrodowe – zaspokajały potrzeby estetyczne bardzo wybrednej, wąskiej grupy. Niezbyt dokładnie zapamiętałem swój pierwszy, prawdziwie trójwymiarowy „film” we wspomnianej sieci elitarnych kin. Cóż, nie było to dzieło kinematografii. Nie wiem, czy w ogóle można było to coś nazwać filmem, raczej pokazem losowych scen mających przekonać mnie, że akcja dziejąca się na ekranie jest „supercool”. 3D jeszcze przez bardzo długi czas byłoby jedynie ciekawostką, gdyby nie pewien kasowy reżyser. Musicie kojarzyć go z najnowszej, iście kosmicznej adaptacji Pocahontas. Nie zrozumcie mnie źle – Avatar jest całkiem sympatycznym kawałkiem kina, który pojawił się w bardzo dobrym momencie, jednak jego przestrzenność jest zdecydowanie przereklamowana. Szczególnie ta na pół gwizdka, oferowana przez lwią część krajowych multipleksów. Dobry film broni się bez 3, 4, czy 5D. Scenariusz powinien trzymać się kupy bez jeżdżących krzesełek i zraszania publiczności wodą. Jednak świat zwariował – trójwymiarowość zawładnęła umysłami.
Po gigantycznym sukcesie Avatara producenci rzucili się na 3D jak na świeże mięso. Kolejne horrory, animacje i komedie obowiązkowo musiały pojawiać się w wersji „z okularami”. Jednak w przeciwieństwie do pomysłu Camerona – większość z nich swoją „przestrzenność” nabywała dopiero w postprodukcji. Jak łatwo zgadnąć – jest to drogie i, jak się okazuje, niezbyt opłacalne. Mam nadzieję, że kwestie ekonomiczne i znużenie widzów szybko położą kres trójwymiarowej orgii. Niestety, gorzej będzie z grami. Najwięksi tego przemysłu niebezpiecznie szybko podchwycili ten pomysł i teraz straszą mnie kolejnymi, patetycznymi reklamami swojego 3D. Podczas ostatniego E3, bardzo rozwlekła część konferencji Sony poświęcona została „zupełnie nowemu, niesamowitemu sposobowi przeżywania gier”. Wszyscy uczestnicy jak jeden mąż założyli okulary i wpatrywali się w efektowny fragment KillZone 3. 
#!#photo3#!#
Musimy się z tym pogodzić – dla nas pierwsze gry 3D to takie, które zbudowane były z polygonów, tudzież wielokątów. Nasze dzieci będą za naprawdę trójwymiarową produkcję uważały taką, która „wyjdzie” z trzech ekranów o rozdzielczości ultra HD. A żeby to zobaczyć, trzeba będzie mieć na nosie okulary… Te same, które już dziś doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Nie lubię męczyć się z dodatkowym ciężarem na twarzy, chyba że jestem do tego zmuszony przez moją wadę wzroku. Nie nazwałbym jednak takiego oglądania lub grania komfortowym. Muszę powiedzieć to głośno i wyraźnie: okulary 3D nie są ani wygodne, ani ładne. Są do niczego.
Co mnie pociesza, nie jestem odosobniony w tym przekonaniu. Podobne słowa można usłyszeć od włodarzy nieśmiertelnego Nintendo. Oni nie boją się przyznać, że w szkłach od Sony gracz będzie wyglądał jak kretyn. Co prawda nie aż tak bardzo, jak podczas zabawy z Natalem/Kinectem, ale mimo wszystko – dość głupio. Tak mocne stwierdzenia nie padają dlatego, że ojcowie Mario olali trójwymiarowy wyścig zbrojeń. Nie, Nintendo jak zawsze zrobiło coś po swojemu – i trzeba mu to przyznać – ponownie zaskoczyło cały świat. 3DS (kiedyś) przejdzie do historii, jako pierwsza przenośna konsolka, która oferuje efekt przestrzenności bez idiotycznych akcesoriów. Prezentacja tego urządzenia na E3 po prostu zarządziła – nie tylko ze względu na przełomową technologię. Pomogły również apetyczne, skąpo ubrane hostessy oraz długa lista gier dla dorosłego odbiorcy. Metal Gear Solid 3, Street Fighter, Resident Evil, Ninja Gaiden, Final Fantasy… i remake Kid Icarusa na deser. Takie zestawienie chwyciło mnie za serce. 
#!#photo4#!#
Nie wiem jeszcze, jak wielkie spustoszenia w mózgu może wywołać zabawa z tak dziwnym urządzeniem, ale na razie się tym nie martwię. Nie dlatego, że nie mam już czego ratować – po prostu spodobało mi się podejście Nintendo. Pierwsze 3D typu „user fiendly”. Bez dodatków, kosmicznie drogich telewizorów, śmiesznych okularów i kosztownych biletów do kina. Włączasz i grasz, nie podoba się – wyłączasz efekt przestrzenności i pocinasz dalej. Bez stresów oraz niepotrzebnych zakupów. Wydaje mi się, że nie tylko ja pochwalam takie nastawienie. Ogólnie rzecz biorąc, cała mania 3D została zbytnio rozdmuchana. Autorzy wspięli się już na wyżyny absurdu, dodając magiczną literkę „D” do tytułów – tak powstał sławetny Step Up 3D. Relikt przeszłości przywrócony do życia niczym gumowy, lateksowy zombiak oblany czerwonym i zielonym syropem. Z całą powagą stwierdzam – nie tędy droga Sabo i Spielbergu. Właściwa ścieżka została już nakreślona, a jeśli komuś nie chce się nią podążać, najlepiej będzie, jak zostanie na tej starej, klasycznej w 2D. 

#!#ankieta#!#


podobne treści


  • zzz

    tl;dr?

  • Marcin Molczyk

    trzeba tylko chcieć

  • arnolds666

    100% racji. Ciesze się, że nie tylko ja uważam, że 3D (okulary) są bardzo tandetnym i męczącym wzrok gadżetem. Również jak autor, mam nadzieje, że moda na te badziewie minie jak najszybciej, bądź zostanie wyparta lepszymi rozwiązaniami.

  • michursky

    zzz
    czyli ze zrozumieniem nie umiesz czytac ? zamiast opracowan lektur czytaj wlasnie te lektury

  • chronowska

    autor twierdzi ze nasz swia jest sztuczny bo wypukly? zenada i glupota

  • 3dokitu

    Mam kolejny powód dla którego 3D jest do niczego ^^ ostatnio byłem z dziewczyną w kinie, całowanie się w tym ustrojstwie jest naprawdę nieprzyjemne :]

  • michal.Tomasik

    A ja w życiu w kinie na seansów 3D nie byłem, a wystarczyło, że zobaczyłem prezentację telewizora 3D i za 2 tygodnie miałem go w domu. Okulary mi nie przeszkadzają, gry w 3D są świetne, wzrok mi się nie męczy… Szkoda, że póki co tak mało jest filmów na bluray 3d… Tak czy siak ja polecam 3D :-) Miłośnikom „dobrego” kina polecam nieme, czarnobiałe filmy… To dopiero jest radość z oglądania!

  • Loneguneman

    na ipoda jest juz programik do 3d. Na razie tylko zdjecia i to anaglify i wiggle, ale Steve jest wielki, kto wie co kombinuje?

  • cywil

    Sama idea obrazu 3d jest stara jak sama fotografia, odgrzewane co pare dekad…

  • Anonim

    tylko test

  • st1

    ja byłem na Avatarze i zasnąłem, było o tyle fajnie, że nikt mnie nie budził bo nie było widać że śpie. Film nudny i paskudny – wole już smerfy w 2d

  • Pingback: 666 MHz: Mała rewolucja 3D – Najgorzej o grach